Skuterem dookoła Polski – założenia i dzień pierwszy

Założenia

Mniej więcej jesienią powstał w mojej głowie pomysł objechania skuterem dookoła Polski. Skoro udał się rok temu jeden bok naszego trochę kwadratowego kraju, to dlaczego jeszcze nie trzy boki? Zima poświęcona na planowanie, ale takie nieinwazyjne. Przede wszystkim mam się doskonale bawić, do niczego nie zmuszać. I jechać, bo to daje radość. Wieczory spędzone nad mapą, szukanie tzw atrakcji, wynajdywanie niebezpiecznych lub mogących przynieś kłopoty miejsc. Powoli wyłaniała się trasa. I powoli powstały następujące założenia:

  1. Jadę blisko granicy
  2. Ale bez przesady 😉
  3. Używam wyłącznie asfaltówek, żadnej jazdy terenowej.
  4. Dziennie pokonuje około 400 km tak, aby był czas na odpoczynek, jedzenie i zwiedzanie wybranych miejsc.
  5. Dokładniejsze planowanie trasy wieczorem dnia poprzedniego
  6. Zasady zasadami ale ma być miło 😉

Wyposażony w te proste jako ja reguły, mapę Polski (bardzo dobrą, plastikową), cały sprzęt obozowy, śrubokręt i świecę zapłonową postanowiłem wyruszyć w poniedziałek 8 lipca.
Przed wyjazdem przyszła mi jednak do głowy myśl. Nawet kilka. chodzi o to, że ja sobie tak będę jechał a inni np nie mogą. Bo są chorzy lub po prostu nie mogą. Pomyślałem, że mogę przy okazji jazdy zrobić coś pożytecznego. Tak się złożyło, że akurat wtedy pojawiła się informacja o zbiórce pieniędzy dla Karoliny. Skontaktowałem się z rodzicami dziewczynki. Wydawali się być zdumieni i ucieszeni. Z łatwością doszliśmy do porozumienia- ja jadę, robię zdjęcia, zamieszczam wpisy na moim facebooku pod #jadedlakaroliny. Reszta odbywa się pod podanym wyżej adresem.
Przed wyjazdem zebrałem wszystko z przygotowanej i modyfikowanej przez kilka lat sprawdzonej listy. Dodałem jeszcze trochę muzyki na smarta, trochę poezji i książek na Kindle’a. Siódmego lipca, w niedzielę wszystko było gotowe.

Dzień pierwszy

Zwykle wstaję o piątej rano, tak więc i tego dnia nie było problemów. Na termometrze 12 stopni. Cudownie rześko, prawda? Wszystko już zapakowane dnia poprzedniego, tak więc poranne rozmyślania nad kawą i… w Imię Boże! Pożegnanie przez dodających otuchę Annę i Karola, szybkie zdjęcie i kieruję się na miejscowość Krowica Hołodowska. Jest to bardzo szczególne miejsce, ponieważ stamtąd można zrobić początek rozsądnego objazdu kraju. Kiedy spojrzycie na mapy, zobaczycie dlaczego.

Jeszcze w lasach przed Oleszycami dopada mnie ziąb. Temperatura, mimo upalnego poprzedniego dnia nie chce się podnosić. I nie podniosła się zbytnio tego dnia. Cały czas 16 -17 i tyle. Trochę też wiało. Jak zwykle nigdy z tyłu 😉

Dojeżdżam do Krowicy. Kierunek Południe. Jakoś zawsze kierunki mnie poruszają. Każdy. To chyba efekt przeczytania Czarnoksiężnika z Oz. W dzieciństwie. Wkrótce docieram do Chotyńca. Reklamowana tu i tam cerkiew nie powala mnie. W Chotyńcu jest tez scytyjskie grodzisko. Doskonale widoczne z lotu ptaka, z dołu wygląda mniej efektownie. Ale wieki mówią. Czuć to :-). Dalej Stubno, gdzie pełno bocianów i Fredropol, skąd widać już nowe wyzwanie – Karpaty.
Kalwaria Pacławska. To miejsce, gdzie zatrzymuję się na dłużej. Sanktuarium odnowione, choć wolałem stare, gdzie mniej było eurokostki i błyszczącej nowości. Wnętrze kościoła pieczołowicie i dobrze restaurowane. cieszy. Robię zdjęcia, rozmawiam z panią straganiarką i przez Arłamów docieram do Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej. Miła motorowa atmosfera, przyjazna pani z recepcji i rozmowy z motocyklistami. Rozdaję magnesy i zmierzam do punktu widokowego nad Lutowiskami. Widać stąd panoramę Bieszczadów. Tutaj spotykam Michała, motocyklistę z Jarosławia, który na 125tce, podobnie jak ja rozpoczął dzisiaj objazd Polski. Rozmawiamy życzymy szerokości i jazda. Do skrajnego punktu jakim jest Opołonek nie dojeżdżam- jest on z przyczyn oczywistych niedostępny dla motocyklistów. Uznaję, że południowy kraniec Polski osiągnąłem w Ustrzykach Górnych. Zatrzymuję się w stacji kolejki wąskotorowej w Majdanie. Tutaj spotykam bardzo miłych Państwa z Cmolasu. Dzięki informacjom medialnym wiedzieli wcześniej o mojej wyprawie. Duża radość ze spotkania, miła rozmowa. I w drogę! Dalsza, bardzo piękna cześć trasy prowadzi przez wysokie Bieszczady i w ten sposób wjeżdżam w Beskid Niski. W Komańczy czeka na mnie Adam, z którym jadę dalej przez kilkadziesiąt kilometrów.  Wpadamy na chwilkę do Chaty nad Wisłokiem i pędzimy dalej.  W magicznych Jaśliskich, gdzie kręcono kultowe „Wino truskawkowe” czeka na nas Jacek – ojciec Adama. Jacek z żoną prowadzą wspólnie Gutkową Kolibę – jedną z najlepszych agroturystyk w Niskim Beskidzie. Kierujemy się do Krempnej, gdzie oglądamy cerkiew. Adamowi nawala światło w motocyklu, z resztą i tak miał wracać. Serdeczne pożegnanie i jadę sam przez Świątkową i Grab- tereny Magurskiego Parku Narodowego. Nie zwalniam widząc tablice straszące niedźwiedziami, rysiami i pterodaktylami. To mądre zwierzęta i nie wychodzą na drogę. Na Przełęczy Beskid nad Ożenną zatrzymuję się. Oglądam Okopy Konfederackie. I rozmyślania o granicznej funkcji tego miejsca. O ludziach i zwierzętach przechodzących tędy Karpaty od niepamiętnych czasów. O jedynej „nieruchomej” granicy Polski. O dziejach tutejszych Rusinów jednakowych tu i tam. O tym, że kiedyś tam dalej były Węgry. O kupcach, którzy szli od Krakowa i Warszawy aby tutaj zostać obrabowanymi przez zbójników. Zjeżdzam do Zborova mając w uszach piosenkę tamtejszych Cyganów:

” Ne umrem na zemi, umrem na koniovi

a ked ja z konia spadnem, vsecko nia zaboli”

Myślę, że mój pradziadek Jan znał ją. Przecież służył w tej samej armii, w której służyli przodkowie zborowian. Ze Zborova do góry na następną Karpacką przełęcz… eeeeech jak w taborze, który wędruje do nieba. Własnie tak. A za przełęczą Koneczna z pięknym wierszem, który pamiętam w wykonaniu Julii:

„Конечно, Конечно, моє рідне село
Там пташкы співали, там было весело
(…)
Там наша церковця, в котрі нас хрестіли
Там заросли стежкы кади мы ходили”

Przez Gładyszów i Uście Ruskie czyli Gorlickie jadę na miejsce spoczynku 😉

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny

Gdzie Bug staje się granicą

Mała wieś Gołębie nad Bugiem. Tutaj kończy się lądowa granica z obecną Ukrainą. Od tego miejsca to Bug wyznacza przebieg granicy. Myślałem, że jadę zobaczyć jeden z wielu punktów na mapie, w które wpatrywałem się zimowymi wieczorami widząc ich niezwykłość.

Kontekstów jest natomiast więcej, niż podejrzewałem przed podróżą. Miejsce jest dość szczególnym trójstykiem i jak większość trójstyków w Środkowej Europie jest naznaczona palcem Stalina. Aby sytuację jeszcze bardziej skomplikować dwie wsie: Piaseczno i Pawłowice, leżące w klinie u góry po prawej (należące obecnie do obwodu lwowskiego, czyli do historycznej Galicji) należały jeszcze do 1951 do Polski a w niej do historycznej Ziemi Chełmskiej, czyli mniej więcej dawnych Grodów Czerwieńskich. To jedyny obszar województwa lubelskiego przyłączony po II Wojnie Światowej do ZSRR. Sama granica do 1951 r dochodziła do Bugu w okolicy Krystynopola (obecna ukraińska nazwa to Czerwonograd). Nieco dalej na południe opierała się na rzece Sołokiji dochodząc do niej w pobliżu wsi Staje. Całość zamieszania spowodowała „Umowa o zmianie granic z 15 lutego 1951”  r zawarta między rządami PRLi ZSRR. Wynikiem umowy była przesiedleńcza Akcja H – T.  Teoretycznie umowa miała prostować granice i ułatwiać komunikację, jednak naprawdę chodziło w niej o przejęcie przez sowietów bogatych złóż węgla kamiennego w okolicy Krystynopola.

W zamian za urodzajne i węglonośne ziemie Sokalszczyzny otrzymaliśmy pozbawione lasów nieużytki w okolicy Ustrzyk Dolnych i Lutowisk, które wtedy nazywały Szewczenko.

Utracone w ’51 obszary pokazuje mapa poniżej.

Jak zyskała na tym Sokalszczyzna i jak wygląda obecnie miasteczko Bełz widać na moich zdjęciach w załączonym filmie.

Jadąc w kierunku trójstyku znajdowałem się na obszarze dawnej przemyskiej diecezji greckokatolickiej. Północno- zachodni skrawek tej diecezji został przyłączony po 1945 do województwa lubelskiego, czyli terenów z ludnością prawosławną. Stąd w obecnym Lubelskiem cerkwie greckokatolickie. Lubelskie z okresu 1918 – 1939 grekokatolików nie miało (nie licząc kostomłockich i okolicznych neounitów, ale to inna opowieść). Przyłączona cześć diecezji przemyskiej to jednocześnie dawna Galicja. Jednak aby jeszcze bardziej zaciemnić obraz dodać należy, że grekokatolicyzm istniał wcześniej na tych ziemiach, choć wcale się tak nie nazywał. Wierni Unii Brzeskiej nazywali byli unitami i byli dominującą konfesją na omawianym terenie do 18 maja 1875, czyli do całkowitej likwidacji resztek Unii przez rosyjski carat. Dzisiejsi mieszkańcy tych stron są wyznania rzymskokatolickiego i niechętnie przyznają się do rusińskiej przeszłości.
Ziemie, które odwiedziłem podczas tej wyprawy są naznaczone (jak żadne inne w Polsce) zarówno licznymi zmianami przynależności administracyjnej i państwowej, jak i wydarzeniami, które zaciążyły poważnie na stosunkach polsko – rusińskich a następnie polsko- ukraińskich. Oprócz tych opisanych wyżej, należy dodać burzenie cerkwi przez II RP, pakt Ribbentrop- Mołotow, walki polsko-ukraińskie podczas i po II Wojnie Światowej a w końcu Akcję „Wisła”, która była przedostatnim akordem Wielkiej Historii na tych ziemiach.

Bo ostatnim był palec Stalina kreślący na mapie esy – floresy w okolicy Sokala.
Tutaj galeria zdjęć z wyprawy.

Droga

Szła u nas przez wieś droga. Nie najlepsza, pewnie, jak to przez wieś. Dziury, doły. Wiosną czy jesienią błoto, latem kurz. Ale ludziom wystarczyła. (…) I pomyśleć, że za kawalerskich czasów tą samą drogą, gdy wracało się z zabawy, to się całą noc nieraz wracało. Koguty przepiały raz, drugi i trzeci. Głodne krowy w oborach zaczynały porykiwać. Wiadra u studzien podzwaniały. A tu jeszcze się wracało. Nieraz do białego dnia. Do rana. Bo gdzie się człowiek miał spieszyć? W głowie jeszcze mu zabawa wirowała, muzyka mu grała, to sobie i przytupnął o drogę jak o deski w remizie i zaśpiewał, co mu ślina na język przyniosła. „Kamień na kamieniu, na kamieniu kamień!” I droga słowem się nie użaliła, że ją budzisz. I ani śmiała cię pogonić. Szła krok w krok pod twoimi stopami, razem z tobą jak twój wierny pies. Przystanąłeś, to i ona przystawała. Mogłeś iść w tę i w tamtą stronę, i nie wiadomo w którą, i nawet z powrotem na zabawę wrócić, zawracała z tobą. I była od brzegu do brzegu twoja. Jak dziewczyna na sianie, w pierzynie pod tobą”.

Wiesław Myśliwski „Kamień na kamieniu”

Leśna pszczoła

Czasem na leśnych ścieżkach można spotkać krzyże. Były stawiane na granicach terenów należących do wiosek, na rozstajach i w podzięce za otrzymane łaski. Bardzo ciekawe krzyże to te, które postawiono na miejscu gdzie wydarzyło się jakieś nieszczęście. Nagła śmierć, rażenie piorunem czy też częste w tych stronach zabójstwo. Wiele takich krzyży pochodzi z okresów po dwóch wielkich wojnach. Okoliczna ludność zdemoralizowana wydarzeniami wojennymi i posiadająca broń dopuszczała się wielu aktów przemocy. Krzyż fundowała rodzina zmarłego, czasem jednak był to akt pokuty ze strony skruszonego zabójcy. osobną kategorię stanowią krzyże związane z życiem rabsziców, czyli puszczańskich kłusowników. Ludzi ci posiadali cały system wierzeń nacechowanych magią połączoną z wiarą w zaklęcia. Zachował się pacierz kłusownika odmawiany przed wyjściem na polowanie.

„Wychodzę ja z  domu, wiem se sceścia sukać, Najświetsa Maryja rac mie zawdy bronić, oddalze terana i  jego strzał sielny, a  broń mie Panno, abym nie beł  w swojem strzale melny. Poluje la (dla) siebie, skore na okfiare, oddal złego wroga a  mie dozwol Maryja polować. Ratowałaś Maryja budowy wszelakie, odal złego wroga i ratuj mie tera w ty ostatni kfili. Zdrowaś Maryja – oddal strzały wroga! Zdrowaś Maryja – szczelze teranie! Łuk mi twój nie szkodzi, Najświętsa Maryja już mie oswobodzi…”

Krzyże

Czasem na leśnych ścieżkach można spotkać krzyże. Były stawiane na granicach terenów należących do wiosek, na rozstajach i w podzięce za otrzymane łaski. Bardzo ciekawe krzyże to te, które postawiono na miejscu gdzie wydarzyło się jakieś nieszczęście. Nagła śmierć, rażenie piorunem czy też częste w tych stronach zabójstwo. Wiele takich krzyży pochodzi z okresów po dwóch wielkich wojnach. Okoliczna ludność zdemoralizowana wydarzeniami wojennymi i posiadająca broń dopuszczała się wielu aktów przemocy. Krzyż fundowała rodzina zmarłego, czasem jednak był to akt pokuty ze strony skruszonego zabójcy. osobną kategorię stanowią krzyże związane z życiem rabsziców, czyli puszczańskich kłusowników. Ludzi ci posiadali cały system wierzeń nacechowanych magią połączoną z wiarą w zaklęcia. Zachował się pacierz kłusownika odmawiany przed wyjściem na polowanie.

„Wychodzę ja z  domu, wiem se sceścia sukać, Najświetsa Maryja rac mie zawdy bronić, oddalze terana i  jego strzał sielny, a  broń mie Panno, abym nie beł  w swojem strzale melny. Poluje la (dla) siebie, skore na okfiare, oddal złego wroga a  mie dozwol Maryja polować. Ratowałaś Maryja budowy wszelakie, odal złego wroga i ratuj mie tera w ty ostatni kfili. Zdrowaś Maryja – oddal strzały wroga! Zdrowaś Maryja – szczelze teranie! Łuk mi twój nie szkodzi, Najświętsa Maryja już mie oswobodzi…”

Mikołaj z Puszczy

 

Ta kolorowa figura przedstawiająca świętego Mikołaja stoi przy skrzyżowaniu leśnego traktów z Durd do Ostrów Baranowskich z inną droga leśną. Powstała w roku 1947 jako wotum za ocalenie przed atakiem wilków. Figurę ufundował mieszkaniec Durd o nazwisku Dudzik. Przy figurze znajduje się skarbonka na datki. Dawniej, kiedy obok wędrowali pielgrzymi i robotnicy leśni istniał zwyczaj pożyczania pieniędzy ze skarbonki. Zwykle pożyczone pieniądze szły na alkohol. Zawsze jednak sumiennie je zwracano. Podobno proceder istnieje aż do dziś. Kult świętego Mikołaja rozpowszechniony był dość znacznie wśród puszczańskiego ludu. Świadczą o tym chociażby wezwania parafii w Niwiskach (1593) i Dzikowcu (1572) – obydwie za patrona obrały sobie świętego Mikołaja. Tak bowiem dziwnie się składa, że Święty był patronem chroniącym przed wilkami. Szczególnie w puszczańskich stronach. Franciszek Kotula przytacza legendę tłumaczącą ten fakt.

„Bo święty Mikołaj był patronem od bydła, a tu naokoło wszędzie było dużo wilków. Jak wycnoł bydle w pole, to nikt nie wiedzioł, cy je przegoni na powrót do chałupy. A święty Mikołaj bez to był patronem od bydła, jak powiadajo… A to któremu koń nie chciał jechać, bo się boł, bo tam czuł wilki, tak święty Mikołaj kozoł temu chłopu wziąć tego konia i zaprowadzić do doliny, gdzie było straśnie dużo wilcysków. No i chłop zaprowadziuł tego swojego konia, tam go zostawiuł, no i te wilki zjadły tego konia. To święty Mikołaj poszed z tym chłopem do ty doliny i powiedzioł : „Tylko nie ruszojcie kości, niech łone zostano w kupce”. No i tych kości chłopy nie rusyli. Tak święty Mikołaj tchnął na te kości łosko i wtedy z nich wstoł koń jeszcze lepszy jak pirwu. I bez to od tego casu święty Mikołaj jes patronem łod bydła.”

Modlitwy przeciw wilkom nazywano „Mikołajkami”

„Wyganiojcie bydełecko na zieloną łąckę!

Panu Jezusowi w rącke,

Pod Matki Boski płoszcyk,

Śwętygo Mikołaja losecke.

Święty Mikołaju, weź klucyki z raju,

Zamknij paszczeke psu wściekłemu, wilkowi lasowemu !

Aby nie mioł mocy: do bydlątka, do dzieciątka,

Aby ty krewki nie wychlipoł,

Tych kostecek po boru, po lesie nie roznosiuł!”

F. Kotula, Znaki przeszłości, Warszawa 1976

Dzisiaj wilki występują w Puszczy sporadycznie, choć ostatnio obserwuje się zwiększenie ich liczebności. O ich dawniejszym powszechnym występowaniu mówią toponimy: Wilki i Wilcza Wola oraz bardzo powszechne tutaj nazwisko Wilk.

Byli tu przed nami

Na zdjęciu teren zajmowany przez cmentarzysko kultury łużyckiej w Jamnicy, części wsi Trzęsówka.

Na jego terenie znaleziono 336 pochówków.

W latach 1959 i 1961 na terenie powiatu kolbuszowskiego przeprowadzono szereg badań archeologicznych. Od miejscowej ludności, zwłaszcza tej mieszkającej w okolicach piaszczystych wydm, napływały doniesienia o znajdowaniu rozmaitych dziwnych przedmiotów wykonanych z kamienia a czasem z niespotykanego metalu. Spowodowało to potrzebę przeprowadzenia badań i wykopalisk zakrojonych na szerszą skalę. Przygotowaniem i przeprowadzeniem prac zajęli się Maciej i Kazimierz Skowrońscy oraz ówczesny wojewódzki konserwator zabytków Kazimierz Moskwa.
W wyniku prac badawczych poczyniono szereg niezwykle ciekawych odkryć. Najważniejszym jest cmentarzysko w Trzęsówce w okolicy przysiółka Jamnica. Było ono ośrodkiem grzebalnym dla siedmiu okolicznych zespołów osadniczych zajmujących obszar około 40 kilometrów kwadratowych. W tłumaczeniu na warunki dzisiejsze była to jakby bardzo dużą i rozciągnięta wieś. Najbliższy cmentarzowi „przysiółek” liczył około 40 mieszkańców. Ludzie ci mieszkali tam około trzystu lat od mniej więcej roku 600 p.n.e.  do około roku 300 p.n.e. (W tym czasie na Półwyspie Apenińskim powstawał i kształtował się Rzym). Zajmowali się prymitywna uprawą roli, myślistwem i rybołówstwem. Ich kultura materialna stała na wysokim poziomie. Produkowali piękne naczynia z gliny, ozdoby i narzędzia. Używali bogatej biżuterii z brązu i szkła. Ciała zmarłych palili a pozostałe szczątki zbierali do glinianych urn, które zakopywali w ziemi w otoczeniu rozmaitych przedmiotów codziennego użytku. Naukowcy zgadzają się co do ożywionych kontaktów handlowych jakie utrzymywali ci ludzie ze Scytami. Bardzo trudno powiedzieć, czy byli w jakikolwiek spokrewnieni z późniejszymi Słowianami, Germanami czy też Celtami… a może byli odłamem Scytów? Krąg kulturowy, do którego należeli to tak zwana kultura łużycka w tutejszym wariancie określona jako grupa tarnobrzeska.  Poświadczone są jej związki z podobnymi grupami z terenu dzisiejszej Słowacji i Siedmiogrodu. Nie wiemy dlaczego Mieszkańcy Jamnicy odeszli z zajmowanych terenów. Być może przyczyną było zmiany klimatyczne, choroby lub wyjałowienie ziemi. Byli oni pierwszymi (po odejściu lodowca) mieszkańcami naszych terenów.

Końskie Błota

Kiedyś wyglądała tak prawie cała Puszcza. Niedostępne mokradła porośnięte grądem a w wyższych partiach bukiem, modrzewiem i cisem. Końskie Błota są obszarem bezodpływowym. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu takie obszary (których sporo w Puszczy) wypełnione były wodą i kwitło w nich mokre życie. Regulacje austriackie oraz te nowsze, powojenne doprowadziły do kilkumetrowego obniżenia się wód gruntowych. Przyroda zareagowała tak, jak powinna- wyższe miejsca stały się półpustynne a niższe przekształciły się w ciągi nieurodzajnych gleb pobagiennych. Wraz z odejściem wód zniknął bardzo ciekawy gatunek ryby – piskorz. Niewielka ta rybka pozwalała przetrwać mieszkańcom Wielkiego Lasu w okresie głodu. Według świadectw najstarszych ludzi, z którymi dane było mi rozmawiać piskorz stanowił ratunek dla wygłodzonych przednówkiem lub nieurodzajem ludzi. piskorze łapała się „dzieniebądź” przy pomocy wiklinowych koszy. Gotowało się i jadło w całości (sic!). Skończyły się przednówki, zabrakło piskorzy. Pamięć pozostała tylko w starej weselnej śpiewce:

„Łu nasy swasie, wszysko na casie,

piskorze wa’gorze, ryby, karasie!”

Końskie Błota to niecka wśród wydm. Specyficzne położenie, warunki glebowe sprawiają, że wegetują tutaj ciekawe gatunki roślin: grzybień wodny,  rosiczka okrągłolistna, widłak jałowcowaty, konwalia majowa, bagno zwyczajne, płonnik pospolity, wełnianka i pałka szerokolistna oraz torfowce. Kaczki krzyżówki, które chciałem sfotografować uciekły.
O Końskich Błotach szerzej tutaj. Trudno tam trafić. Nie powiem jak, bo samo szukanie jest równie fascynujące jak przebywanie w tamtejszej ciszy i szumie bagiennych brzóz.

Sudoły

Jakieś 400 lat temu król Jan Kazimierz nadał Sudołowi prawo osiedlenia się na południowych rubieżach Puszczy. Zadaniem protoplasty i jego potomków było pilnowanie królewskiego lasu, opieka nad pszczołami a także dostarczanie miodu i wosku do królewskiego skarbca. W otoczeniu starych kilkusetletnich lip zagroda przetrwała do maja 2000 roku kiedy strawił ją pożar. Fragmenty, które pozostały jedynie częściowo mogą dać świadectwo o pięknie budownictwa mieszkańców Puszczy. Nikt nie zatroszczył się naprawdę o to piękne i osamotnione miejsca. kolejny pomnik kultury Lasowiaków / Mazurów zaginął. Podejmowane uchwały są tylko na papierze i nie stanowią żadnej realnej pomocy i starania dla resztek zagrody i opiekującej się nią rodziny. Kiedy piszę tego posta stoją jeszcze stare lipy wokół zagrody a w drewnianej skrzyni spoczywa akt nadania ziemi od Króla Kazimierza. Na zdjęciu widać ule kłodowe wykonywane z jednorodnego pnia drzewa wykonywane metodą znaną przez dawnych bartników na całym świecie. Kiedy rozmawiałem z panem Pawłem Sudołem opowiedział mi mnóstwo historii o pszczołach, tych z ula i tych leśnych. Opowiadał o urzędnikach, którzy próbowali mu narzucić swoją wolę. Jedyną odpowiedzią dla półpanków z miasta był jad pszczół, które jakoś przyjezdnych nie lubiły. Mnie polubiły. Popołudnia spędzonego z panem Sudołem nie zapomnę nigdy.

Z przysiółka Sudoły, z bartniczej zagrody pochodzi bodajże największy syn tej ziemi – x. Stanisław Sudoł. Postać tego wielkiego kapłana przybliżę w innym wpisie.

Chłopska Straż

Straż grobowa w Dzikowcu. Powstała w połowie XIX wieku prawdopodobnie jako reakcja na niespokojne czasy awantury Zaliwskiego i Rabację Galicyjską. Po ustaniu niepokojów straż z organizacji paramilitarnej przekształcono w rodzaj bractwa kościelnego. Jedyne straże na terenie Puszczy wartujące w starodawnych strojach są w Dzikowcu i Raniżowie. W dzikowieckiej funkcje strażników dziedziczy się. W raniżowskiej zwraca uwagę śladowe występowanie kobiecych(!) sukman.

Straży w Dzikowcu i Raniżowie nie należy mylić z tzw. „turkami” ze wsi położonych dalej na wschód. Ich pochodzenie jest odmienne a wygląd całkowicie inny.