W Sandomierskiej Puszczy

o mnie

„Nie mogłem jednak w żaden sposób zrezygnować z grania. Ręce moje same wyciągały się do skrzypiec. Nie pomagało ślęczenie w polu do północka, wyciąganie z rzeki czarnych dębów przez cały dzień, koszenie, młocka, wycinanie chrustu, przesiadywanie całymi godzinami w stajni. Wystarczyło, że wchodziłem do izby i zobaczyłem skrzypce wiszące na ścianie, a traciłem rozum. Brałem je do rąk i grałem, póki mi palce nie ścierpły na strunach, łokcie od smyczka nie zgrubiały, póki sen nie zamknął mi popuchniętych powiek. Zapominałem wtedy o moim kmiecym honorze, o godności nosiciela baldachimu nad kanonikiem, o Jakubku gadule, prawie mędrcu wiejskim, umiejącym wyjaśnić wiele spraw dziejących się między ludźmi i stworzeniami Bożymi.”

„Zacząłem się bać mojego rzępolenia. Mieli przecież rację ludzie starzy, przestrzegając młodzików przed takim jak moje zapamiętaniem, zacietrzewieniem, zawziętością bezrozumną. Wcześniej czy później ten bezrozumny upór rzucał się na mózg. A ja w tych polach czułem, że moje skrzypce wyjadają mi rozsądek, moją jasność widzenia świata ludzkiego i zwierzęcego. Ale nawet wtedy bardziej niż zbawienia dusznego, olejów świętych pragnąłem grania podobnego do cygańskiego i żydowskiego.”
T. Nowak „Półbaśnie”

____________________________________________

Na skrzypcach, sekundzie i basach grało się niegdyś tylko solo. Osobno.

Ale dawno, dawno temu trzech Muzykantów zakochało się w tej samej dziewczynie.

Ona oświadczyła, że wyjdzie za tego, kto lepiej zagra.

Spieszyli się. Chcieli jak najszybciej pokazać jak pięknie grają

Zaczęli grać razem i okazało się, że świetnie im to wychodzi.

Odtąd już zawsze grają razem.

Panna stwierdziła, że powinni razem muzykować,

a ona weźmie sobie innego, by ich nie rozdzielać.

____________________________________________

 

„Im jesteśmy starsi, tym nam trudniej ruszyć się z domu. Poza niezbędnym opędzeniem codzienności – praca, zakupy, urzędy, lekarze, niekiedy wymuszony na sobie i bliskich ruch „dla zdrowia” po najbliższej, dobrze znanej okolicy – w zasadzie najchętniej siedzielibyśmy we własnych czterech ścianach. Bo taniej. Bo bezpieczniej. Bo bez zbytecznego wysiłku. Bo wszystko dobrze znane i oswojone. Jeśli już od wielkiego dzwonu wyruszamy trochę dalej, to zwykle są to podróże po trasach konwencjonalnych, wyprawy do miejsc, do których prowadzi nas renoma – świetne zabytki, wielkie dzieła sztuki, doskonały klimat, wygodny hotel, dobre jedzenie. Myśli za nas biuro podróży lub szczegółowy przewodnik turystyczny, nadkładamy niekiedy drogi, by nie zjeżdżać z autostrady i poruszać się wedle wskazówek dobrze widocznych drogowskazów”.
Pinkwart

____________________________________________

„...i kiedy Machów przestał istnieć, Kalinka nie chciał się pogodzić z tą myślą, że tej pięknej wsi już me ma i me będzie. Został tu. Wędrował od domu do domu, potem pozostał u dalszej rodziny. Grał ludziom na tarnobrzeskim Rynku, grał w „Siarkopolu”, grał w autobusie, przed budynkami szkół… Czasem opowiadał o długim, ale jakże smętnym swoim życiu. Teraz w księżycową noc pachnącą sianem, kiedy czasem znajdę się nad Wisłą i dobrze zacisnę powieki – słyszę koniki polne, wiatr, słowiki, plusk wody i ten smętny głos wierzbowej fujarki. Wydaje mi się, że wciąż gra tę piękną i smutną melodię ze swojego repertuaru, do której ktoś przed wiekami ułożył równie smutne słowa:

Napalcie ze mnie popiołu

i rozsiejcie mnie po calusieńkim polu..

wyrośnie ze mnie stokrotka….

Nikt me napalił z niego popiołu. Nikt nie rozsiał, nie wyrósł żaden kwiatek… To tylko jakieś echo minionych dni usilnie stara się w wrażliwej pamięci odszukać i pozbierać rozsypane nutki Kalinkowych melodii wygrywanych na fujarce ukręconej z wierzbowej gałązki znad Wisły.”.

____________________________________________

Powracam z czasu siana, kukułek i lnu,

z powiatu błota i pijawek,

cały w zapachu mleka, gomółek

i polnych koszów pełnych truskawek.

 

Na łąkach jeszcze dokoła siano,

a w rękach kobiet grabie i kotki.

W dni kiedy jaśmin na płotach słodki,

w miedzach kosmate uszy łopianu.

 

Siostry jak płatki kwiatów czereśni

i bardzo młode, ciepłe

i czyste jak zdrój u dreny.

 I las, i leśni pasterze.

 

Tyle.

Piękne.

Zaiste.

 

Tu widzisz kraj jest dojrzałych kłosów

i prawa ludu, prawa tej ziemi.

Mostek pod lasem, droga bandosów

i spokój, owoc wiejskiej alchemii.

 

Chwała pijawkom, błotu, jaszczurkom,

sosnom kwitnącym w okna i sienie,

storczykom, ostom,

chwała dwururkom bijącym celnie w chybkie jelenie.

 

Błogosławiony kosz wiklinowy,

ubogie żytko, licha tatarka

i złote piaski pól Kolbuszowej.

Gdzieś rozżalona nocą fujarka.

J. B Ożóg, „U krewnych w kolbuszowskim”

________________________________________________

„Chciałbym czasem znaleźć się w takim miejscu, gdzie Bóg czeka tylko, aby komuś otworzyć migawkę.”

Ansel Adams

Wielu ludzi pyta mnie, dlaczego wciąż noszę ze sobą aparat i dlaczego robię zdjęcia. Wówczas odpowiadam „a dlaczego Ty jesz”?

James Lalropui Keivom

Od zawsze ścigam światło, ono zmienia zwykłość w magię.

Trent Parke

________________________________________________

„Lud sam w Puszczy Sandomierskiej, osobliwie osiadły w pasie środkowym, jest nam dowodem żywym, że jego dziadowie stali opornie najdłużej przy starej wierze. Nigdzie nie znalazłem tyle zabobonów, przesądów, czarów, itd., jak tutaj między ludem, a te gusła wszystkie przechowuje lud z taką wiarą, jakby one nakazane ongi przez księży, jakby były od Kościoła podane. (…) Nigdzie nie znalazłem między ludem takiej spotęgowanej wiary w Kościoła naukę, jak tutaj. Ksiądz porządny i do ludu przywiązany jest tu bożyszczem ludowym, ma głos na okolicę. (…) Nigdzie nie znalazłem takiej ochoty do włóczenia się po odpustach, jak tu u ludu. Można powiedzieć, że Mazur z puszczy to włóczęga odpustowy, ot żyłka tradycyjna po pradziadach, którzy włóczyli się do Górzyc i Górnego co rok kilka razy z ofiarami dla bożków. Nigdzie nie znalazłem takiej brudoty po chałupach u ludu jak tu (…). Za to dusza cała tego ludu daleko od zbytków miejskich, od ruchu i przewrotów świata, nie zwalana rdzą niemoralności dzisiejszego wieku, nie zatruta duchem czasu, pozostała dotąd jak pączek różowy nie rozwita, dziecinna prawie, ślepo wierząca (…). Mało gdzie znalazłem takie czerstwe zdrowie i wytrzymałość na wszystkie powietrza zmiany jak u Lasowiaków – tak bowiem nazwany lud z puszczy naszej – stąd też idzie, że Mazur z puszczy jest najlepszym, bo najwytrzymalszym żołnierzem. Dlatego to dostał mu się przydomek: Mazur spod ciemnej gwiazdy!”. Ale dodaje jeszcze „Znajdziesz też śród tego ludu, na pozór dzikiego, tyle rodzinnej miłości i gościnności, tyle przywiązania do ojcowizny, tyle pochodu do zabaw, tańców, śpiewu, itd. że temi starosłowiańskiemi wdziękami ducha zostałbyś uradowany i umiłowałbyś te szczątki gniazda słowiańskiego, ofiarowałbyś się za ten lud bratni! Przejedź się kiedy, luby czytelniku, w strony Puszczy Sandomierskiej, zobacz te lasy, piaski i chaty ubogie, te kościoły śród lasów, a tu znajdziesz typy słowiańskie, których już pono nie ma na całej polskiej ziemi!”

x. Wojciech Michna, „Pamiętnik historyczny okolic i rodzin w dyecezyi przemyskiej ułożył i napisał x. Wojciech Michna”.