Skuterem dookoła Polski – dzień siódmy

Budzi mnie świt w Rzymie. No bo tak karczma ta się nazywa 🙂 Mgła, że nic nie widać. Tym fajniejsze za chwile krajobrazy. Jeziora, wzgórza. Słońce i mgła. Tankuję w Kartuzach… i znowu żal, że nie można zwiedzić wszystkiego.  Trudno. Wpadam na S7 czyli gdańska obwodnicę i wypadam z niej w okolicy Pasłęka. Kilometry migają aż do Pasłęka. Tam zjeżdżam z s-ki i już prawdziwymi mazurskimi…

STOP. To nie tak. Dzisiejsze województwo warmińsko – mazurskie to przecież nowotwór!. Tak więc po kolei. Od Kartuz jechałem przez Kaszuby, potem wjechałem na Żuławy. Następnie aż do Ornety jechałem przez Powiśle. Od Ornety była Warmia.

Tutaj obejrzałem starówkę w Lidzbarku i pojechałem do Stoczka Klasztornego. Z wielkim zainteresowaniem oglądałem sanktuarium. Przede wszystkim ze względu na osobę więzionego tu w latach 50 tych kardynała Wyszyńskiego. To tu powstały “Zapiski więzienne”. Szacunek mój budzi postawa Prymasa, który nie dał się złamać a w więzieniu stworzył sobie ogromną przestrzeń wolności duchowej. Krzepi. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Potem przez Bisztynek i Reszel docieram do granicy Warmii i Mazur.

Tuż za granicą, już na Mazurach (w końcu)- Święta Lipka. Niedziela, więc atmosfera mocno odpustowa. Wchodzę do sanktuarium na sam koniec nabożeństwa i słucham popisu tamtejszego organisty. Warto. W głowie długo jeszcze brzmi szlachetne brzmienie piszczałek. Na parkingu (darmowym dla jednośladów) spotykam wielu motocyklistów. Początkowe ignorowanie mojej 125tki zamienia się w wybuch akceptacji. Dlaczego? Cóż… zobaczyli moją tabliczkę rejestracyjną :-)))))).

Ze Świętej Lipki jadę na Gierłoż do Wilczego Szańca. W czasie drogi jedyna niebezpieczna sytuacja drogowa- wpadam w koleinę i rozpoczyna się taniec skutera. Na liczniku 90, za mną jakaś osobówka- nieciekawie. Udaje mi się jednak wyprowadzić skuter i jadę dalej. Uważajcie na trasę Kętrzyn – Gierłoż. Samo miejsce budzi we mnie mieszane uczucia. Oczywiście wartość historyczna itd… ale nie wiem dlaczego kupa gruzów służąca wygodzie tego zbrodniarza zasługuje aż na taka uwagę. Masa ludzi z jakaś niemalże czcią przesuwa się po lesie i ogląda gruzy. Nie lubię. Aha…. i nie jedzcie nigdy w tamtejszej restauracji. Po prostu nie jedzcie. A przynajmniej nie TO.

A skoro Mazury (tak na marginesie- wiadoma kwatera znajduje się na terenie historycznej Barcji) to należy obejrzeć sławne jeziora. Jadę więc do Giżycka, chce zobaczyć jezioro Niegocin. No to niech ktoś spróbuje dostać się na jego brzeg. Tereny prywatne, ośrodki i kempingi. Wpuszczą ale za pieniądze. Coś tu jest nie tak. W góry możemy chodzić ale Wielkich Jezior już nie pooglądamy z bliska. Gdyby ktoś znał miejsce gdzie na dziko można się rozbić nad którymś z Wielkich Jezior, to proszę zdradzić. Posprzątam po sobie. Śladu nie będzie.

Michał Kajka, kiedy to pisał jeszcze nie wiedział…

                                                         “Na mazurskiej ziemicy                                                            
Jezior zgoła nie zliczy.
Blaskiem z dala odbijają, 
Bardzo pięknie wyglądają.
A gdy spojrzy na nie wzrokiem,
Albo we dnie, albo z mrokiem, 
Radość w sercu się uczuwa…”

Zniechęcony do Wielkich Jezior kieruję się w stronę Ełku. Bardzo miła skuterowa trasa Giżycko – Ełk. Wszystko to co trzeba- spokój i widoki. Zatrzymuję się, robię zdjęcia. Takich Mazur szukałem.

I tutaj pojawia się problem. Jest niedziela- w kuferku pół trochę już podgrzanego kabanosa. I perspektywa kolacji złożonej z tego kabanosa i z wody jeziornej. Nagle w jednej z wiosek pojawia się uroczy sklepik z zasiadającymi leniwie tutejszymi. Widomy znak otwarcia sklepu. Idę i kupuję co trzeba a nawet ze strachu więcej. Pani sklepowej trudno chyba zrozumieć mój entuzjazm. W każdym razie nie zginę z głodu. Nie dzisiaj.

Tutaj mała dygresja. Kogoś może dziwić lub nawet bulwersować opuszczenie Suwalszczyzny w podróży dookoła Polski. Wyjaśniam – te okolice zwiedziłem na skuterze rok temu i to dość dokładnie. Zwyczajnie nie chciało mi się tam jechać jeszcze raz, mimo oczywistego piękna i niezwykłości tej krainy. Wrócę tam jeszcze.

Z Ełku przez Czarną Wieś gonię do miejsca przeznaczenia. Jest to miła agroturystyka “Wierzbina” w Woźnejwsi. Zupełnie przypadkowo dostaję to, czego szukałem i na co cały dzień czekałem. Miłe schronienie i… całe wielkie Jezioro Dręstwo do własnej dyspozycji. Z łodziami, piaskowym brzegiem, lasem na horyzoncie, kamyczkami, trzciną itd. Po rozpakowaniu ruszam nad jezioro. A właściwie nie ruszam. Siedzę na drewnianym tarasiku 5 metrów od wybrzeża i obserwuję chyba najpiękniejszy zachód słońca w życiu. Z resztą obejrzyjcie zdjęcia.

A Gałczyński na to:

“Tyś jest jezioro moje,
ja jestem twoje słońce,
światłami ciebie stroję,
szczęście moje szumiące.
Trzciny twojej pozłacam.
Odchodzę. I znów wracam.
Miękko moim kędziorom
w twych zielonych szuwarach.
O, jezioro, jezioro
piękniejsze niż gitara!
A nocą przez niebiosa
zlatują sznurem długim
gwiazdy i na twych włosach
siadają jak papugi”

Po zachodzie odpisuje na sporo maili i zapytań messengerowych. Sprawą Karoliny interesuje się Radio i podkarpacka prasa. Jest dobrze.

Zamieniam kilka słów z gospodynią. Bardzo miła osoba. Coś mnie tknęło kiedy zaoferowała się coś przynieść “dla mnie” . Zapytałem więc, gdzie tu zaczyna się Podlasie, bo chyba blisko…. Okazało się, że od kilku kilometrów jestem już na Podlasiu!!! 🙂

A jutro całe Północne i kawałek Południowej jego części.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny