Skuterem dookoła Polski – dzień szósty

Rano, skoro świt, żegnam się z Tomkiem i jego żoną. Dzisiaj sporo do przejechania a tak naprawdę trzy cele: Słowińcy, północny punkt skrajny i etniczne Kaszuby, gdzie już wczoraj znalazłem sobie nocleg. Wpadam więc na ekspresową “szóstkę”., która potem zamienia się w E28 i łykam kilometry. Przez Nowogard, Karlino, Koszalin i Słupsk spodziewam się koło południa znaleźć na pierwszym etapie. Droga dobra, ruch niewielki motór pali jak złoto… czego jeszcze chcieć. Czasem tylko brakuje muzyki. Na dłuższych dystansach wydaje mi się być bardzo potrzebna. Ale jak nie ma to trzeba sobie samemu radzić. No i śpiewam. Moją radość potęguje spotkanie pomnika ziemianka. Tak, nie pomyliłem się. Stoi on sobie w miejscowości Biesiekierz. Ja zwyczajny do takich widoków, bo i u nas władający naszymi stronami stworzyli święto zimioków i wystawili zimiokowi pomnik. Mniejszy ale własny. W mojej głowie pojawiają się dziesiątki zasłyszanych dowcipów o łotewskich chłopach.

Po przejechaniu Słupska odpalam wiernego jak pies gps-a i kieruję się na Kluki. Ta miejscowość i kilka okolicznych położonych nad Jeziorem Łebsko były od zawsze w kręgu moich zainteresowań. Istniejące w Klukach Muzeum Wsi Słowińskiej jest świadkiem materialnej spuścizny Słowińców. Kto czyta uważnie moje relacje, ten wie, że sprawy związane ze Słowianami interesują mnie nieodmiennie. A Słowińcy byli resztką niezgermanizowanych Słowian mieszkająca najdalej na zachód na brzegu Morza Bałtyckiego. Tak się mówi w skrócie, jednak w latach 50- tych mówiących po słowińsku było już bardzo niewielu, w 70- tych zachwyceni traktowaniem przez Polaków Słowińcy wyjechali do Niemiec. Oglądam stare szachulcowe domy, narzędzia. Niewiele pewnie jest z tego oryginału. Ale jest. Słucham niemieckich turystów, dla których to wszystko jest “uhrdeutsche”, czyli praniemieckie. I czuję się trochę jak Kisielewski piszący “Ziemia gromadzi prochy” . Szczególna to książka, bo za nią autor dostał osobiście od hitlera zaoczny wyrok śmierci. Polecam.

Po Klukach szukam bocznej, nadmorskiej drogi prowadzącej do Jastrzębiej Góry.  Albo jak mówią Kaszubi do Pilëc. Na granicy powiatu lęborskiego, czyli mniej więcej również granicy zamieszkiwania Kaszubów łapie mnie deszczyk. Potem deszcz. Po drodze mijam rzekę Piaśnicę (polecam kajakarzom) wypływająca z Jeziora Żarnowieckiego. Jest to bardzo stara, jeszcze z czasów I RP granica polsko – niemiecka. I dalej w deszczu jadę kilkadziesiąt kilometrów do Jastrzębiej.  GPS doprowadza mnie 100 m do miejsca… właściwie to można by jeszcze bliżej, bo nie ma zakazu, ale po co :-). Oglądam, robię zdjęcia. Tutaj mija symboliczna połowa wyprawy. Mimo lekko deszczowej pogody jest sporo turystów, podchodzą, pytają. Jakiś dobry Niemiec przynosi moje znalezione na ścieżce rękawice motocyklowe. Dziękuję radośnie i coś tam gadamy. Ludzie pytają, rozmawiamy. Opowiadam o Karolinie, wszyscy biorą magnesiki….
Czas na nocleg tu jeszcze 80 km do zrobienia. Po drodze jakieś małe zakupy i tak schodzi do zwyczajowej 18. Przez Jastrzębią przebijam się z trudem, sporo ludzi nie przestrzega przepisów, u części już widzę syndrom sobotni. I zaczyna się mój mini rajd przez etniczne Kaszuby. Deszczu nie ma ale robi się bardzo zimno. Słoneczko świeci a ja zaczynam się trząść mimo porządnego ubrania. W jakiejś wsi znajduję coś na kształt pizzerii i z radością stwierdzam, że mają też normalne jedzenie. Barszcz ukraiński na Kaszubach to przykład globalizacji? Nieważne, proszę tylko, żeby był gorący. Parzy. Zjadam dwa. Obsługa patrzy z niejakim zdziwieniem.

Jadę przez piękne okolice Pojezierza Kaszubskiego. Wzgórza, jeziora, malownicze drogi i naprawę sporo lasów. Wszystkie nazwy miejscowości dwujęzyczne. Tak… tu mówi się po kaszubsku 🙂 W miejscowości Staniszewo (Stajszewò) kończą się żarty a zaczyna szuter i fajne terenowe podjazdy. Koleżeństwo jeżdżące na enduro byłoby zachwycone. Ja mniej. Po kilku kilometrach docieram do świetnego miejsca – Agrorzym. Kamienista droga, jezioro, las, stare budynki, oddalenie od szlaków i… zaskakująca cena i komfort. Wszystko pod kaszubską flagą 🙂 Korzystam ile mogę. Wieczorem siedzę na tarasie, słucham śpiewu ptaków i planuję trasę na jutro.

A jutro Mazury.

 

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny