Skuterem dookoła Polski – dzień czwarty

Budzą mnie ruszowskie koguty. Miłe przebudzenie. Powstaję jak feniks i pakuję się. Ze zdumieniem obserwuje ślady nawałnicy, która przeszła nocą. Maszyna pod wiatą, suchutka. Piękne poranne słońce zwiastuje dobry dzień do jazdy. Przychodzę na omówione śniadanie. Przyznam, że spodziewałem się czegoś innego. Stół ugina się od smakołyków i nie mogę odżałować, że mimo najszczerszych chęci nie pochłonę wszystkiego. posilony rozpoczynam jazdę. Trasa prowadzi równymi, prostymi drogami, na których nie ma śladu innych pojazdów. Wielkie, sosnowe lasy sprawiają, że śmiganie staje się przyjemnością. Śpiewam, gadam do siebie, recytuje teksty modlitw. Czasem miga po którejś stronie jeziorko i jak zwykle obiecuje sobie zatrzymać się przy następnym. Jak to zwykle bywa, jeziorka kończą się tak samo, jak możliwość ochłodzenia się w coraz bardziej gorącym dniu. Termometr pokładowy wskazuje już 26 stopni mimo porannej pory. Na razie subtelna równowaga pomiędzy kombinezonem, odzieżą termoaktywną a szumiącym dookoła powietrzem zdaje się być stabilna, jednak później okaże się to bardziej hm…. skomplikowane 🙂 Mijam poniemieckie minimiasteczka i spore wioski. Dziś tu jednak życie nie płynie tak jak dawniej. Większość bardzo ładnych poniemieckich domów cechuje olbrzymie zapuszczenie. niektóre są całkiem puste inne noszą ślady prowizorycznych remontów i niechlujnych przeróbek. Całości broni jednak wszechobecna zieleń starych drzew. Gdyby tak jak w centralnej i wschodniej Polsce dokonano podobnie barbarzyńskiej wycinki, to skutek byłby dla tych okolic opłakany. Kolejny raz zwracają moją uwagę spore, proste ale ładne kamienne kościoły pozostawione przez poprzednich właścicieli. Jednak i one nie wykazują śladów intensywnego… używania. Jadę przecież przez krainę o najmniejszej w Polsce ilości dominicantes. Czasami mam ochotę zatrzymać się, poprawić coś urwanego, pomalować, wyrównać drogę przez wieś. Wiele domów jest tak ładnych, że budzi się myśl:” a jakby tak rzucić wszystko i wyjechać w lubuskie?” 😉 Niestety trzeba jechać, kilometry same się nie zrobią. Mijam Nowogród – historyczną granicę Sląska i Łużyc, przejeżdżam Odrę w Krośnie Odrzańskim i jestem na historycznej Ziemi Lubuskiej. Ciekawa to sprawa, kiedy stolica regionu pozostaje poza nim. Był to kiedyś gród Lubusz, który obecnie znajduje się nad Odrą, w Niemczech i nazywa się Lebus. Gdyby dawno temu Odra nie zmieniła koryta miasto Lebus byłoby w Polsce a Ziemia Lubuska miałaby swoją historyczną stolicę. W miejscowości Laski Lubuskie nie mogę powstrzymać się od zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia z tablica miejscowości. Jak się dowiaduję, zdjęcie później robi furorę na facebooku. I już Kostrzyń i chwile potem wjazd do najdalej na zachód wysuniętego punku Polski. Znajduje się on w miejscowości Osinów Dolny. Niestety przysłonięty jest wielkim bazarem. Bazar przeznaczony jest dla Niemców robiących tanie zakupy w Polsce. Nie chcę przedzierać się przez gąszcz budek i straganów, nie chcę tez zostawiać skutera na pastwę losu. Przyjmuję, że skrajny zachodni punkt znajduje się tak jak sądzono dawniej koło Cedyni w okolicy Góry Czcibora, czyli miejsca, gdzie Mieszko ze swoim bratem pokonali wojska margrabiego Hodona. Rózie się mówi o tej bitwie dzisiaj. Doskonale zdaję sobie sprawę, że krytyce został poddana cała wczesnopiastowska legenda. Mówi się więc, że nie Mieszko Hodona a Hodon Mieszka i nie pod Cedynia ale zupełnie gdzie indziej…. Zostawiam te rozważania, jednak obraz pełnego służalczości bazaru dziwnie kontrastuje z miejscem prawdziwej lub wyimaginowanej chwały polskiego oręża. Pomnik na Górze Czcibora robi jednak wrażenie takie, jakie powinien robić a ja jade dalej. Brak benzyny zmusza mnie do szukania stacji. Tankuje do pełna, rozmawiam z właścicielka o Karolinie, zostawiam oczywiście magnesy. Kiedy dobiłem do drogi głównej w lusterku ukazał się obraz znajomego motocykla. To był oczywiście Michał, który zupełnie przypadkowo pojawił się obok mnie. Przywykliśmy do niespodziewanych spotkań i nie okazaliśmy najmniejszego zdziwienia. Wspólna jazda przez kilkanaście kilometrów, postój i żegnamy się – jak się okazuje na zawsze w tej opowieści. Michał jedzie oglądać Krzywy Las koło Gryfina a ja gonię do wymarzonego jeziora Miedwie. W miejscowości Wierzbno odnajduję znalezione jeszcze zimą molo (śniło mi się czasem), odpoczywam i zabieram się do ostatniego etapu. Celem są okolice Goleniowa, gdzie mieszka mój internetowy przyjaciel – Tomasz. Postać niezwykle barwna i zasłużona. Miłośnik Słowiańszczyzny a zwłaszcza Dolnych Łużyc, samodzielnie nauczył się dolnołużyckiego i zaraził pasją młodzież ze swojej miejscowości. Telefonuję do Tomka, podaję dokładna godzinę przybycia i kieruję się na Stargard. A tam niespodzianka – zamknięta wylotówka na Goleniów. Razem z Googlami dajemy radę, jednak sporo trzeba było nadłożyć. Zmęczony i sfatygowany docieram na miejsce. Wita mnie Tomek po chwili dołącza jego żona. Jak się okazuje serdeczni, gościnni i dobrzy ludzie. Rozmowom i opowieściom nie ma końca. Tutaj też realizuję kolejna mądrość etapu… piorę. Rychło w czas bo czyste rzeczy zaczynają się kończyć w bagaż grozi narodzinami nowego życia. Najedzony, nagadany i czyściutki jak niemowlę zasypiam.

Jutro zobaczę morze.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny