Skuterem dookoła Polski – dzień trzeci

Pobudka około piątej. Tak jak w domu. Coś tam na śniadanie, pakowanie i ruszam. Do czeskiej granicy blisko. Po wczorajszym zachodzie słońca dzisiaj jakby trochę szaro. Widać jak biedne i zaniedbane są te okolice. Z daleka wszystko sprawia jednak trochę bajkowy widok. Góry o kształtach nieco obcych, przypominają się legendy o Liczyrzepie i jakichś postaciach z niemieckich baśni. Opuszczenie i wrażenie zaniedbania przestaje być istotne. W miarę dobra droga prowadzi do czeskiej granicy. Dalej podobnie, tylko otwierają się już widoki na inne pasma górskie. Jest bardzo malowniczo, spokojnie. Kilometry mijają, kolejne zakręty na dobrych czeskich drogach. Jadę przez Góry Opawskie a potem przez Góry Złote. Ładne nazwy (zwłaszcza ta druga)… no i wrażenie bajkowości potęguję się. Znam się trochę na Karpatach 😉  a o Sudetach nie mam pojęcia. Do dokształtu fajna będzie chyba ta strona.  Rozmyślania przerywa dziwny znak drogowy. Wyraźnie jest na nim narysowany czeski motocykl. I jest on przekreślony. Stoję i gapie się. Jeśli posłucham znaku – to jak znam życie będę musiał wracać przez Pragę. Nagle przypomniała mi się przygoda dobrego wojaka Szwejka, który musiał iść do Czeskich Budziejowic…

“Jakaś stara babunia powracająca z kościoła spotkała Szwejka na drodze z Kvietova do Vraża, biegnącej niezmiennie właśnie w kierunku zachodnim, i rozpoczęła z nim rozmowę pozdrowieniem chrześcijańskim:

— Dobre południe, żołnierzyku! Dokąd też Bóg prowadzi?

— Ano idę, mateczko, do Budziejowic, do pułku — odpowiedział Szwejk. — Niby na wojnę.

— Jak tak, to, mój chłopcze, kiepsko idziesz — zawołała babunia z przerażeniem. — Tędy, przez Vraż, nigdy się do Budziejowic nie dostaniecie, gdybyście szli ciągle prosto, to wyjdziecie na Klatov.

— Ja znowuż myślę — rzekł Szwejk z determinacją — że i z Klatova dostanie się człek do Budziejowic.”

Nigdy więcej szwejkowskich błędów, pomyślałem. I nucąc starożytną czeska pieśń o Najjaśniejszym Panu i Jego Rodzinie zignorowałem bezczelnie czeski znak. Pomyślałem potem z resztą, że dotyczył on motocykli a nie skuterów i był po czesku, więc miałem prawo niczego nie rozumieć. Po chwili zrozumiałem dlaczego był zakaz motocykli. Droga była tak cudowna i piękna, że chyba jakiś czeski urzędnik nie mógł znieść myśli, że polski motórzysta ujrzy te wspaniałości i jeszcze opisze je na blogu.

Zadziwiające i bajkowe (znowu) miasteczko Jesenik (Jesionik). Idealne do kręcenia filmów o XIX i XVIII stuleciu. W połączeniu ze słowiańską rozpierduchą efekt końcowy jest zadziwiający.

Nagle, jak to w Sudetach stała się Polska. I Złoty Stok a w nim kopalnia (a jakże) złota. (Czy wiecie, że słowackie “zlatokopka” oznacza polską “blacharę”?).

Zwiedziłem, sfotografowałem ale złotej sztabki nie kupiłem. Przecież to paliwo na pół wyprawy… co złoto mam wsadzać do baku, czy jak?

Przejazd przez Kotlinę Kłodzką. Polecam. nic nie zastąpi osobistego doświadczenia, W małej miejscowości Wambierzyce ciekawe sanktuarium. Warto wejść po kamiennych schodach i poczuć magię stuleci. Z Wambierzyc rzut kaskiem do Karłowa, skąd można podziwiać bliskość Gór Stołowych. Na Szczeliniec wejdę następnym razem. W jednej z wiosek po drodze wzruszające spotkanie ze starszą panią, która opowiada o swojej mamie pochodzącej spod Ropczyc. Chwila rozmowy daje wiele pozytywnych wzruszeń.

Przez Góry Kamienne i Kotlinę Kamiennogórską docieram w Karkonosze. Okropnie zatłoczony Karpacz ale stąd widok na Śnieżkę (marzenie Karoliny) i niesamowity Kościół Wang. Normalnie wzięli i z Norwegii go tu przenieśli. Zaskoczeniem był dla mnie grób Tadeusza Różewicza na przykościelnym cmentarzyku. Od świątyni Wang, która stoi w najwyższym punkcie Karpacza rozpoczął się zjazd z gór i pożegnanie z nimi. Zwróćcie uwagę, że od wczoraj przejechałem całe polskie góry. Zacząłem w Ustrzykach Górnych, skończyłem w Karpaczu. No i ten zjazd z godzinkę potrwał zanim znalazłem się na terenie płaskim. Zupełnie inne widoki, rozlegle płaskie tereny rolnicze, między nimi poniemieckie wioski z pięknymi kościołami. Droga prowadzi obok Henrykowa Lubańskiego, gdzie stoi legendarny cis – najstarsze drzewo w Polsce. Starowina sterczy cały w rusztowaniach i spryskiwaczach, które maja mu zapewnić przeżycie. Jadę dalej i wjeżdżam w piękne, ciągnące się dziesiątkami kilometrów bory. Kieruję się oczywiście już na północ, w stronę Żagania. Z internetu dowiedziałem się, że prom na Odrze w Połęcku jest nieczynny ze względu na niski stan wody a więc należy jechać przez Krosno Odrzańskie. Niestety, od wschodu wyłania się olbrzymia chmura burzowa, robi się trochę nieciekawie. Podejmuje decyzje o szybkim szukaniu kwatery. Jest! – tylko trzeba zawrócić około 10 km. Po drodze, na poniemieckiej kostce gubię śrubkę mocująca deflektor i niestety muszę go szybko odkręcić. To ostatnia katastrofa tej wyprawy :-). Ląduję po chwili w miejscowości Rusiec, w miłym hoteliku, jest nawet wiata dla skutera. Po zwykłych czynnościach wieczornych wdaję się w pogawędkę z właścicielką hoteliku, która opowiada mi o smutnych wydarzeniach jakie dotknęły miejscową społeczność w maju. Burza jak to burza- przechodzi bokiem a my rozmawiamy o życiu na ścianie zachodniej. Wiele razy pojawia się złe słowo “patologia”. Kładę się spać zmęczony i smutny. Na pocieszenie jedna z moich ulubionych “drogowych” piosenek.

Zasypiam i nawet nie słyszę ogromnej  burzy, która przechodzi nocą.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny