Skuterem dookoła Polski – dzień drugi

Zaczęło się pechowo i tak miało pozostać. Kiedy zostawiłem na chwile włączony skuter aby przynieść worki z bagażami usłyszałem bardzo brzydki huk. Dziwnie znajomy. Nie myliłem się. Skuter leżał na trawie i własnie zgasł. Po podniesieniu wszystko działało normalnie, więc pozostawiłem tę sprawę samej sobie.
Start na Łemkowynie. Jadę przez znajome okolice. Tutaj spędziłem sporo czasu, bliski mi język. Tutaj niedawno pracowałem nad albumem „Cerkwie zachodniej Łemkowyny”, tutaj zagrałem nieskończona ilość piosenek. Jest bardzo zimno zaledwie osiem stopni. Wkrótce temperatura sie podniesie ale na razie kiepsko. Jednak przyjemność jazdy bierze górę. W dobrym górskim tempie mijam Izby, Krynicę i dojeżdżam do granicy. Słowacka droga prowadzi pięknymi widokami na Podoliniec. Mało kto wie. ale to piękne miasteczko kiedyś należało do Polski będąc jednym  z 13 miast spiskich. Docieram do Tarzańaskiej Łomnicy i kieruję się w Tatry. Moim marzeniem było przejechanie drogą położoną u samego podnóża Tatr. Między innymi dlatego zmieniłem decyzje o trasie przez Czerwony Klasztor, Poronin i okolice Jeziora Orawskiego. Decyzja powstała spontanicznie i nie była to dobra decyzja. Straciłem piękne widoki i… ciepło. Kiedy wjechałem do góry zaczęło się bardzo ochładzać. kiedy doszło do 6 stopni z nieba zaczęła spadać drobniutka lodowa kasza. W tym samym momencie rozpoczął się niezbyt intensywny ale przerażający wyciek płynu chłodniczego. Widocznie wywrotka rozszczelniła coś co powinno być szczelne. Wyciek zmniejszał się a ja jechałem dalej. W zimowych warunkach. I wtedy zdałem sobie sprawę, że droga, którą pięknie wyjechałbym na Ujsoły nie jest drogą którą jadę. Jednak pod samymi Tarami nie ma możliwości wybrania innej drogi. Musiałem nie jechać aż do jakiegoś uczciwego skrzyżowania Okazało się, że leży ono w Liptovskim Mikulasu. 100 km w plecy. Za to widoki, którymi obdarzył mnie Liptów były niezrównane. Jadnak zmarznięty i wściekły na siebie nie miałem ochoty na fotografowanie. Rozpocząłem mozolny podjazd pod Beskidy od słowackiej strony. Jeszcze na Słowacji zaczął padać deszcz. Kompletnie zdemoralizowany dotarłem na przełęcz. Po drugiej stronie, jak to zwykle pogoda piękna i o wiele cieplej. Jadę przez Koniaków, Istebną. Wioski te w mojej wyobraźni jawiły się jako ostoja beskidzkiego folkloru. Zawiodłem się. Tysiące pastelowych domków, wszechobecne reklamy brzydzą pejzaż. Fotografuję co mogę. Kwaśnica w karczmie „Ochodzita” jest na pocieszenie tylko trochę gorsza od tej, która sam gotuję. W Wiśle, podczas postoju na światłach niespodziewanie dojeżdża do mnie Michał. Wymiana pozdrowień i spostrzeżeń (bardzo podobnych) i znowu jedziemy razem. Podczas przejazdu na trasie Skoczów – Wodzisław – Racibórz GPS Michała płata rozmaite figle, trochę się gubimy w opłotkach 😉
Gdzieś między Raciborzem a Głubczycami następuje raptowna zmiana – po lewej zaczynają się wyłaniać piękne góry, natomiast z wioskami dzieje się coś dziwnego. Przestają być ładne i zadbane a zaczynają trochę przypominać ruinę. Przyczyna jest dość prosta. Ten sam krajobraz mam oglądać jeszcze przez kilka dni (nie licząc Kaszub).
W okolicy Nysy rozstajemy się z Michałem, szukamy noclegu na własną rękę. Śpię w małym agro niedaleko czeskiej granicy. Dzień pełen wrażen i przeciwności. Ale w sumie bardzo piękny. Jak każdy dzień na skuterze.
Zasypiam jak kamień.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny