Skuterem dookoła Polski – założenia i dzień pierwszy

Założenia

Mniej więcej jesienią powstał w mojej głowie pomysł objechania skuterem dookoła Polski. Skoro udał się rok temu jeden bok naszego trochę kwadratowego kraju, to dlaczego jeszcze nie trzy boki? Zima poświęcona na planowanie, ale takie nieinwazyjne. Przede wszystkim mam się doskonale bawić, do niczego nie zmuszać. I jechać, bo to daje radość. Wieczory spędzone nad mapą, szukanie tzw atrakcji, wynajdywanie niebezpiecznych lub mogących przynieś kłopoty miejsc. Powoli wyłaniała się trasa. I powoli powstały następujące założenia:

  1. Jadę blisko granicy
  2. Ale bez przesady 😉
  3. Używam wyłącznie asfaltówek, żadnej jazdy terenowej.
  4. Dziennie pokonuje około 400 km tak, aby był czas na odpoczynek, jedzenie i zwiedzanie wybranych miejsc.
  5. Dokładniejsze planowanie trasy wieczorem dnia poprzedniego
  6. Zasady zasadami ale ma być miło 😉

Wyposażony w te proste jako ja reguły, mapę Polski (bardzo dobrą, plastikową), cały sprzęt obozowy, śrubokręt i świecę zapłonową postanowiłem wyruszyć w poniedziałek 8 lipca.
Przed wyjazdem przyszła mi jednak do głowy myśl. Nawet kilka. chodzi o to, że ja sobie tak będę jechał a inni np nie mogą. Bo są chorzy lub po prostu nie mogą. Pomyślałem, że mogę przy okazji jazdy zrobić coś pożytecznego. Tak się złożyło, że akurat wtedy pojawiła się informacja o zbiórce pieniędzy dla Karoliny. Skontaktowałem się z rodzicami dziewczynki. Wydawali się być zdumieni i ucieszeni. Z łatwością doszliśmy do porozumienia- ja jadę, robię zdjęcia, zamieszczam wpisy na moim facebooku pod #jadedlakaroliny. Reszta odbywa się pod podanym wyżej adresem.
Przed wyjazdem zebrałem wszystko z przygotowanej i modyfikowanej przez kilka lat sprawdzonej listy. Dodałem jeszcze trochę muzyki na smarta, trochę poezji i książek na Kindle’a. Siódmego lipca, w niedzielę wszystko było gotowe.

Dzień pierwszy

Zwykle wstaję o piątej rano, tak więc i tego dnia nie było problemów. Na termometrze 12 stopni. Cudownie rześko, prawda? Wszystko już zapakowane dnia poprzedniego, tak więc poranne rozmyślania nad kawą i… w Imię Boże! Pożegnanie przez dodających otuchę Annę i Karola, szybkie zdjęcie i kieruję się na miejscowość Krowica Hołodowska. Jest to bardzo szczególne miejsce, ponieważ stamtąd można zrobić początek rozsądnego objazdu kraju. Kiedy spojrzycie na mapy, zobaczycie dlaczego.

Jeszcze w lasach przed Oleszycami dopada mnie ziąb. Temperatura, mimo upalnego poprzedniego dnia nie chce się podnosić. I nie podniosła się zbytnio tego dnia. Cały czas 16 -17 i tyle. Trochę też wiało. Jak zwykle nigdy z tyłu 😉

Dojeżdżam do Krowicy. Kierunek Południe. Jakoś zawsze kierunki mnie poruszają. Każdy. To chyba efekt przeczytania Czarnoksiężnika z Oz. W dzieciństwie. Wkrótce docieram do Chotyńca. Reklamowana tu i tam cerkiew nie powala mnie. W Chotyńcu jest tez scytyjskie grodzisko. Doskonale widoczne z lotu ptaka, z dołu wygląda mniej efektownie. Ale wieki mówią. Czuć to :-). Dalej Stubno, gdzie pełno bocianów i Fredropol, skąd widać już nowe wyzwanie – Karpaty.
Kalwaria Pacławska. To miejsce, gdzie zatrzymuję się na dłużej. Sanktuarium odnowione, choć wolałem stare, gdzie mniej było eurokostki i błyszczącej nowości. Wnętrze kościoła pieczołowicie i dobrze restaurowane. cieszy. Robię zdjęcia, rozmawiam z panią straganiarką i przez Arłamów docieram do Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej. Miła motorowa atmosfera, przyjazna pani z recepcji i rozmowy z motocyklistami. Rozdaję magnesy i zmierzam do punktu widokowego nad Lutowiskami. Widać stąd panoramę Bieszczadów. Tutaj spotykam Michała, motocyklistę z Jarosławia, który na 125tce, podobnie jak ja rozpoczął dzisiaj objazd Polski. Rozmawiamy życzymy szerokości i jazda. Do skrajnego punktu jakim jest Opołonek nie dojeżdżam- jest on z przyczyn oczywistych niedostępny dla motocyklistów. Uznaję, że południowy kraniec Polski osiągnąłem w Ustrzykach Górnych. Zatrzymuję się w stacji kolejki wąskotorowej w Majdanie. Tutaj spotykam bardzo miłych Państwa z Cmolasu. Dzięki informacjom medialnym wiedzieli wcześniej o mojej wyprawie. Duża radość ze spotkania, miła rozmowa. I w drogę! Dalsza, bardzo piękna cześć trasy prowadzi przez wysokie Bieszczady i w ten sposób wjeżdżam w Beskid Niski. W Komańczy czeka na mnie Adam, z którym jadę dalej przez kilkadziesiąt kilometrów.  Wpadamy na chwilkę do Chaty nad Wisłokiem i pędzimy dalej.  W magicznych Jaśliskich, gdzie kręcono kultowe „Wino truskawkowe” czeka na nas Jacek – ojciec Adama. Jacek z żoną prowadzą wspólnie Gutkową Kolibę – jedną z najlepszych agroturystyk w Niskim Beskidzie. Kierujemy się do Krempnej, gdzie oglądamy cerkiew. Adamowi nawala światło w motocyklu, z resztą i tak miał wracać. Serdeczne pożegnanie i jadę sam przez Świątkową i Grab- tereny Magurskiego Parku Narodowego. Nie zwalniam widząc tablice straszące niedźwiedziami, rysiami i pterodaktylami. To mądre zwierzęta i nie wychodzą na drogę. Na Przełęczy Beskid nad Ożenną zatrzymuję się. Oglądam Okopy Konfederackie. I rozmyślania o granicznej funkcji tego miejsca. O ludziach i zwierzętach przechodzących tędy Karpaty od niepamiętnych czasów. O jedynej „nieruchomej” granicy Polski. O dziejach tutejszych Rusinów jednakowych tu i tam. O tym, że kiedyś tam dalej były Węgry. O kupcach, którzy szli od Krakowa i Warszawy aby tutaj zostać obrabowanymi przez zbójników. Zjeżdzam do Zborova mając w uszach piosenkę tamtejszych Cyganów:

” Ne umrem na zemi, umrem na koniovi

a ked ja z konia spadnem, vsecko nia zaboli”

Myślę, że mój pradziadek Jan znał ją. Przecież służył w tej samej armii, w której służyli przodkowie zborowian. Ze Zborova do góry na następną Karpacką przełęcz… eeeeech jak w taborze, który wędruje do nieba. Własnie tak. A za przełęczą Koneczna z pięknym wierszem, który pamiętam w wykonaniu Julii:

„Конечно, Конечно, моє рідне село
Там пташкы співали, там было весело
(…)
Там наша церковця, в котрі нас хрестіли
Там заросли стежкы кади мы ходили”

Przez Gładyszów i Uście Ruskie czyli Gorlickie jadę na miejsce spoczynku 😉

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny