Wzdłuż wschodniej granicy do trójstyku – Wstęp

Pół roku temu powiząłem szalony pomysł dojechania w pewien punkt Polski, w którym nie ma niczego. Nie jest to nic dziwnego- zawsze jeżdżę tam gdzie nic nie ma. Nawet jeszcze bardziej jak nic. Nie ma supermarketów, makdonaldów i dziwnych, szybko mówiących ludzi a pewni siebie i sypiący sloganami samorządowcy jeszcze nie zdążyli wszystkiego termozmodernizować i wyłożyć przepiękną szarą kostką. Szukam śladów starego i jeszcze starszego. Szukam języków dziadków,  języków których nie rozumieją ich wnuki. I razem z dziadkami zastanawiam się dlaczego. Albo i nie zastanawiam się, bo to mało kiedy i mało co daje. Lepiej czasem siedzieć i nie gadać, niż po próżnicy obracać jęzorem.

Wyprawa czymś takim jak skuter o pojemności silnika 125 cm3 nie przypomina wyścigów motocyklami poruszającymi się szybciej od prędkości światła a nawet od prędkości myśli. Skuter 125 oprócz możliwości średnio szybkiej jazdy do przodu pozostawia sporo czasu na myślenie. Tak, jest wylęgarnią myśli. Czasem na wieczornym postoju rozpaczliwie szuka się kogoś, z kim można takie myśli… przemyśleć. Z reguły się znajduje. Jeśli nie ludzi to miejsca, w których myślenie przebiega znacznie owocniej i raczej inaczej, niż w miejscu, w którym zwykle się sypia.

Staram się aby poprzypominać sobie to co myślałem w przeddzień wyjazdu. Pół roku minęło od chwili narodzin dość dziwnego pomysłu przejechania (z ósemkami i pętelkami) wschodniej granicy Polski. Miałem do dyspozycji dziesięcioletni tajwański skuter, namiot, kuchenkę i trochę literatury wyprawowej z lat minionych. Jakieś słabo aktualne mapy, przewodniki, w których piszący starali się przedstawić kapliczkę w Parzęczewie jako coś w rodzaju miniatury Luwru. I nic więcej. Im bliżej wyjazdu, tym mniej stawał się realny. Z żadnego powodu. Myśli typu: “po co ja to robię” i “inni w moim wieku to….” zaczęły skutecznie odbierać chęć wyjazdu. A z tyłu głowy natrętna myśl: “Jedź… nawet nie wiesz jeszcze ale to jest właśnie to… w końcu znajdziesz drugą stronę tęczy, miejsca gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi… a może nawet takie miejsca, gdzie śmieją się śmiechy w ciemności. No i gdzie muzyka gra. Tak. Muzyka gra. Koniecznie. I będzie wiatr i wolność. No przynajmniej poudajemy z tydzień. Ja i skuter.

Techniczne sprawy ogarnąłem w ciągu tygodnia. Pozbieranie potrzebnych rzeczy, przemyślenie wielokrotnie przemyślanej trasy, kilkukrotne zweryfikowanie listy przedmiotów towarzyszących. Pół dnia układania wszystkiego tak, aby połowy nie zgubić a o drugą połowę się nie zabić podczas jazdy. Myślenie, czy wszystko jest, odpędzanie demonów szepcących, że to się nie uda. Bo nie może się udać, bo pogoda, bo skuter, bo zdrowie. Bo nie. Każdy powód dobry, byle tylko nie wyjeżdżać a w najlepszym razie zawrócić za Sokołowem wmawiając sobie, że to tylko taka próba miała być i nic więcej.
Nieprzespana noc przed wyjazdem. Całkowity brak pewności mieszczucha próbującego bawić się w Livingstone’a. W najgorszym razie w Stasiuka. Bo nazwisk sławnych motocyklistów nie znam. I nie wiem w kogo w tym przypadku próbowałem się bawić. Ale przecież nie można wiedzieć wszystkiego. Nie wiedziałem.
Rano wstałem i pojechałem.

Cdn.