W Beskid- wkrótce film

Nie umiem odpowiedzieć na pytanie po co jeżdżę w Niski Beskid. Tym bardziej, że od czasu kiedy zacząłem tam jeździć minęły całe tysiąclecia. Pierwsze spotkania z Niskim to poczucie bycia na odludziu, samotność, fatalne drogi, łemkowska kultura w jej kształcie sprzed 30 lat.

Dzisiaj po serii wielkich zmian jakie dotknęły nie tylko te góry obraz krainy zmienił się. Brak już samotników, leśne autostrady sięgają wszędzie, przedsiębiorczy wójtowie na każdym krecim kopcu budują wieże widokowe a miasteczka na gwałt (tak to właściwe słowo) rewitalizują się. Kultura Rusinów kieruje się niespiesznie w stronę upopowionej, czy tez upupionej kultury kół gospodyń wiejskich wspieranych szczodrze przez żądnych głosów posłów nierządzących partii.

Beskid, do którego jadę dzisiaj to nie Beskid sprzed 30 lat. To tak samo zdewaluowana, wykostkowana i pełna zaczytanej w smartfonach młodzieży okolica jak reszta kraju. Coś jednak pozostało. Może to złudzenie, może to tylko pamięć minionego… A jednak jadę tam. Bo chce, bo mnie coś ciągnie. Niedługo skończę składanie filmu pełnego podobnych wynurzeń. Wtedy Wam go pokażę.

Skuterem dookoła Polski – dzień dziewiąty i podsumowanie

No tak. Czwarta rano a ja już nie śpię… nie da się. Dzisiaj, jeśli wszystko dobrze pójdzie skończę moją wyprawę. Niesamowity przedświt nad Bugiem… i kot, który przychodzi, żeby mi towarzyszyć. Trochę siedzimy razem i popalamy. Dokładnie o szóstej wszystko już gotowe. Jadę. Nadbużanka i kierunek Południe. Oglądam Kodeń, składam wizytę w  prawosławnym klasztorze w Jabłecznej i kieruję się w stronę Horodła.

Przed Horodłem zatrzymuje mnie patrol straży granicznej. Bardzo mili ludzie, fajna rozmowa. Panowie biorą magnesiki, wysłuchują historię Karoliny i obiecują coś dorzucić do składki 😉 W Horodle spotykam się z Robertem dawno nie widzianym kolegą ze studiów. Wspominamy dawne czasy. Umawiamy się na sierpień i już jadę na Zosin. Oglądam najdalej na wschód wysunięte miejsce w Polsce. To czwarty punkt skrajny, który zaliczam w tej podroży. Czwarty i ostatni… niestety do samego miejsca dojście a tym bardziej dojazd skuterem jest utrudniony. Robię zdjęcie i jadę dalej. Wzdłuż granicy kieruję się do Lubyczy Królewskiej. Tutaj jadę kilka kilometrów w stronę przejścia w Hrebennem. Przed przejściem, nie wiem jakim cudem  pod kask wpada mi pszczoła. Jeszcze nigdy tak szybko nie robiłem “stop ” i “maski zdejm”. Ale nic się nam nie stało. Pszczoła poleciała w soją stronę a ja w swoją.

Tuż przed granicą odbijam w drogę 867. Wkrótce osiągam granicę województwa podkarpackiego. Prawie w domu. Galicja.  Bardzo dziwne uczucie. Do zamknięcia koła pozostało około 40 kilometrów…

I wtedy dostrzegam świecącą się kontrolkę oleju. Skuter sprawny, osiągi w normie, żadnych podejrzanych dźwięków a ta cholera się świeci. Zaczynam myśleć o wstydzie jaki przeżyłbym wracając do domu na lawecie i kończąc 30 km od celu… Wjeżdżam w polski zasięg, dzwonię do serwisu. Pan serwisant przypomina mi, że wymiany oleju dokonaliśmy kilkaset kilometrów wcześniej, własnie po to, żeby nie robić jej w trakcie trasy. A ja zapomniałem zresetować kontrolę wymiany. Odetchnąłem ale później jechałem jakoś tak ostrożniej. Tym bardziej, że jechałem po drogach objętych jakimś dziwnym zakazem ruchu dla nie-tubylców.  Rzeczywiście głupio byłoby źle skończyć przed zamknięciem koła 😉 Spokojnie dojeżdżam do tablicy z napisem Krowica Hołodowska. To wieś, w której rozpocząłem okrążenie. Robię zdjęcie. Jadę do centrum, gdzie oficjalnie rozpoczęła się wyprawa.

Siadam na ławce. W nogach miękko. Objechałem Polskę dookoła. Skuterem 125. Nie wierzę.

Idę do sklepu, jestem mocno wzruszony… potrzebuję wody i czegoś słodkiego. Pani sklepowa wita jak starego znajomego… Już Pan objechał??? Tak prędko? Myślałam, że z miesiąc. A na sklepowej lodówce wisi mój magnesik 🙂

Odpoczywam i przez Lubaczów, Sieniawę, Leżajsk i Sokołów odrabiam ostatnie 130 km w kierunku domu. Witają mnie Anna i Karol. Jest Piccolo i wspólny toast.

Za chwile podwórko. Stawiam skuter na stopkach, zdejmuję kask. Siadam.

Objechałem Polskę dookoła.

Bogu dzięki.

Pojeździłby jeszcze.

 

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny

 

Podsumowanie

Przejechałem 3493 kilometrów w ciągu dziewięciu dni, co daje średnio 388 km dziennie. Średnia prędkość dzienna to 32 km/h, zważywszy jednak, że tylko połowę czasu poświęcałem na jazdę to przelotowa wynosiła 64 km/h.

Zużytych około 100 litrów benzyny = 520 zł

Noclegi 5×40 zł = 200 zł

Jedzenia nie liczę (w domu też jem ;-), w południe jakaś zupa, kolacje i śniadania to chleb z czymś, sałatka z pomidorów i cebuli, konserwa. Z domu zabrałem kawę i herbatę plus przyprawy. Podczas dnia jakaś atrakcja typu lody 🙂

Kawa poranna własna, około g. 14 espresso na stacji benzynowej, dwie butelki mineralnej dziennie.

Bilety wstępu około 50 zł

Parkowanie drobne grosze, lub raczej darmo- tego nie liczę.

Noclegi wyszukiwałem na Google Maps, wiedząc orientacyjnie gdzie powinienem się znajdować wieczorem następnego dnia. Polecam tą metodę.

Podczas jazdy nie zdarzyły się żadne awarie (nie licząc wywrotki na postoju w dzień drugi) nie poniosłem żadnych dodatkowych kosztów typu mandaty, haracze itp.

Całość kosztów zamyka się z cała pewnością w sumie tysiąca złotych.

Pogoda wyśmienita, ale zimne wieczory i ranki, byłem jednak przygotowany. Deszcz padał od miejscowości Wicko do Jastrzębiej Góry, czyli przez około 70 km, co daje w tych warunkach około 1,5 h jazdy z postojami na fotografowanie. Pozostały czas to słońce lub lekkie i przyjemne zachmurzenie. Temperatura minimalna 6 stopni (Wysokie Tatry), temperatura maksymalna 35 stopni (Ziemia Lubuska).

Podczas podróży osiągnąłem następujące punkty skrajne RP: Ustrzyki Górne, Osinów Dolny, Jastrzębia Góra, Zosin.

Przejechałem przez teren 11 województw. Wjeżdżałem dwa razy na Słowację i dwa razy na terytorium Czech.

Najwyżej położony punkt – okolice Strbskiego Plesa = 1350 m.n.p.m, najniżej położony punkt – okolice Jeziora Drużno koło Elbląga = – 1,8 m.p.p.m

Promując zbiórkę na rzecz Karoliny rozdałem 100 promocyjnych magnesów na lodówkę z danymi dotyczącymi zbiórki.

Dziękuję mediom, które propagowały akcję zbiórki na rzecz Karoliny. Były to: Radio Leliwa, Polskie Radio Rzeszów, Korso Kolbuszowskie, Portal Kolbuszowa24, Dziękuję również dziennikarzom, którzy do popularyzacji akcji się przyczynili: Jolancie Danak – Gajda, Justynie Piekło, Annie Pocałuń i Pawłowi Galkowi.

Dziękuję wszystkim Dobrym Ludziom, których spotkałem po drodze.

Skuterem dookoła Polski – dzień ósmy

Pobudka jak zwykle o piątej, śniadanie i jakoś więcej kawy. Ale to chyba daje znać o sobie lekkie zmęczenie jazdą. Problem żaden ale jest to odczuwalne. Żegnam się z jeziorem, z Gospodynią i kieruję się na Rajgród. Obok Augustowa skręcam ostro na południe i w ten sposób rozpoczynam podróż ściana wychodnią. Będzie ona trwała praktycznie aż do końca wyprawy. Przecinam fragment Biebrzańskiego Parku Narodowego. Jadę przez usiane wiatrakami i wysokimi krzyżami okolice pomiędzy Suchowolą a Sokółką. Ciekawe strony. Mieszkańcy tych okolic jeszcze kilkanaście lat temu posługiwali się powszechnie gwarą białoruską będąc przy tym rzymskimi katolikami. Niebywałe… tak jak niebywała jest mozaika kulturowa całego Podlasia, GPS wybiera miejsca “w których niczego nie ma” Pola, lasy… coraz więcej lasów, coraz mniej domów. Dojeżdżam do Krynek. Miejsce zamieszkania Sokrata Janowicza, genialnego myśliciela i pisarza białoruskiego. Sam kształt Krynek jest niesamowity. Rynek był kiedyś rynkiem a dzisiaj jest rondem o dwunastu zjazdach. Jeden z nich prowadzi do bardzo bliskiej granicy i tam się urywa. Podobnie jak wszystkie prowadzące na wschód drogi w tym rejonie. Niezwykła jest tu też stara zabudowa, którą dzisiaj można oglądać raczej w opłotkach z dala od rynku- ronda. Ale gdyby ktoś był głodny… to niedaleko rynku jest restauracja “Pod Modrzewiem”. Nie wiem do dziś jak się nazywają serwowane tam podlaskie specjały. Ale są pyszne. I w dostępnych naprawdę pieniądzach. Najedzony (chociaż za wcześnie) ruszam do Kruszynian. Atmosfera robi się naprawdę kresowa a bliskość granicy potęguje to wrażenie. Pamiętam Kruszyniany sprzed dwudziestu lat. Cisza spokój… trochę jakby opuszczenie. Dzisiaj Kruszyniany to przemysł etniczny. Nie będę krytykował tego, co tam się dzieje, choć dla gości z miasta stołecznego może być to interesujące. Faktem jest, że dla mnie tylko dwa obiekty są i będą ciekawe: meczet i mizar. Muzułmański cmentarz. Dwa niedotknięte biznesem i komercją miejsca. Pełne ciszy, spokoju i pamięci o walecznych i wiernych, wierzących w Allaha synach Rzeczypospolitej.

Po Kruszynianach jadę przez lasy w kierunku drogi 65. Na granicy powiatów sokólskiego i białostockiego droga przechodzi w szutrówkę. Gdyby z niej nie korzystać to asfaltami trzeba by jechać o wiele dłużej. Po opuszczeniu drogi 65 przez Narew wjeżdżam w Krainę Otwartych Okiennic – ruskie i prawosławne Podlasie. Zaczyna się kraina wszechobecnych drewnianych domków z okiennicami i kolorowych cerkwi przypominających wielkie domki dla lalek. Na uwagę zasługują również piękne krzyże wschodnie, zwłaszcza te, które umieszczone na krańcach wsi mają ich strzec i chronić. Prosty język – czyli białoruskie i ukraińskie gwary Podlasia słychać to jeszcze na żywo. Ludzie siedzą na ławeczkach przed domami. nie spieszą się. Tutaj już wszyscy mają czas. niesamowite są rozmowy z tymi ludźmi. doskonale nam idzie, kiedy ja mówię po łemkowsku a oni po swojemu. Odpoczywam pod piękną cerkwią w Dubiczach Cerkiewnych i jadę dalej na południe. Docieram do Koterki, gdzie medytuję pod piękną cerkwią. Potem zostaje już tylko pojechać na Grabarkę. Trudno opowiadać o tym miejscu. Wydaje mi się, że każdy powinien spędzić tam jakiś czas aby pooddychać atmosferą i wśród lasu krzyży coś odnaleźć. Kupuję kilka małych ikon dla znajomych, zapalam świece w Cerkwi. Rozmawiam z ludźmi. Opowiadam o Karolinie i o mojej wyprawie. Wszędzie pozytywny i serdeczny odzew. Ale trzeba jechać.

I Mielnik. Dużo pięknych miejsc, że dnia nie starczy. Ale jedzonko tylko w Nowej Wczasowej. Wygląda jak knajpa GS… ale smakuje jak w domu 🙂 Jadę na przystań promową. Prom o wiele skraca drogę, poza tym prowadzi przez dużo bardziej ciekawe okolice. Przeprawa promem, miłe rozmowy z załogą (nie po raz pierwszy) i już jestem w województwie mazowieckim. Trochę to dziwne ale tutaj akurat ustalając granice pamiętano o historii.

Przez Janów Podlaski wzdłuż granicy zmierzam do Pratulina. To bardzo ważne miejsce. Wielokroć w moich opisach pojawiało się słowo “prawosławie”.. teraz jeszcze do tego dojdą jacyś tajemniczy “unici”.  I jakby było mało – “neounici” .Wytłumaczenie tego przekracza granice tego bloga. Objaśnienie całej tragicznej historii wschodniego chrześcijaństwa na tych ziemiach zajęłoby kilka bitych godzin. Może przy innej okazji. W każdym razie w Pratulinie w roku 1875 zginęło 13 ludzi. Bo nie chcieli przyjąć siłą narzucanego prawosławia. Choć modlili się w podobny do prawosławnych sposób. I dlatego na Południe od Bugu mówi się niewiele ruską mową a na północ od tej rzeki – owszem.

Za Pratulinem Neple – czołg przy drodze i Podlaski Przełom Bugu. Warto.

Za Terespolem wpadam na legendarną “Nadbużankę”, czyli droge nr 816. Niespodzianek krajobrazowych i nawierzchniowych jakie niesie ze sobą ta droga nie sposób zliczyć. O tej drodze powstała nawet książka, którą szczerze polecam.

I własnie Nadbużanką docieram do Kostomłotów. Piękne ciche miejsce. Ostatnia w Polsce parafia neounicka. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to na tej stronie znajdzie wiele odpowiedzi na pytania dotyczące unii i neounii. Chyba tez jedyne miejsce w Polsce, gdzie można znaleźć tekst wschodniej liturgii po polsku.

Jeszcze wizyta w cerkwi, wycieczka nad Bug i słodki sen w przyparafialnym domu pielgrzyma.

Długi dzień, piękne, różnokolorowe Podlasie.

A jutro będę w domu. Bo jutro koniec Wyprawy.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny

Skuterem dookoła Polski – dzień siódmy

Budzi mnie świt w Rzymie. No bo tak karczma ta się nazywa 🙂 Mgła, że nic nie widać. Tym fajniejsze za chwile krajobrazy. Jeziora, wzgórza. Słońce i mgła. Tankuję w Kartuzach… i znowu żal, że nie można zwiedzić wszystkiego.  Trudno. Wpadam na S7 czyli gdańska obwodnicę i wypadam z niej w okolicy Pasłęka. Kilometry migają aż do Pasłęka. Tam zjeżdżam z s-ki i już prawdziwymi mazurskimi…

STOP. To nie tak. Dzisiejsze województwo warmińsko – mazurskie to przecież nowotwór!. Tak więc po kolei. Od Kartuz jechałem przez Kaszuby, potem wjechałem na Żuławy. Następnie aż do Ornety jechałem przez Powiśle. Od Ornety była Warmia.

Tutaj obejrzałem starówkę w Lidzbarku i pojechałem do Stoczka Klasztornego. Z wielkim zainteresowaniem oglądałem sanktuarium. Przede wszystkim ze względu na osobę więzionego tu w latach 50 tych kardynała Wyszyńskiego. To tu powstały “Zapiski więzienne”. Szacunek mój budzi postawa Prymasa, który nie dał się złamać a w więzieniu stworzył sobie ogromną przestrzeń wolności duchowej. Krzepi. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. Potem przez Bisztynek i Reszel docieram do granicy Warmii i Mazur.

Tuż za granicą, już na Mazurach (w końcu)- Święta Lipka. Niedziela, więc atmosfera mocno odpustowa. Wchodzę do sanktuarium na sam koniec nabożeństwa i słucham popisu tamtejszego organisty. Warto. W głowie długo jeszcze brzmi szlachetne brzmienie piszczałek. Na parkingu (darmowym dla jednośladów) spotykam wielu motocyklistów. Początkowe ignorowanie mojej 125tki zamienia się w wybuch akceptacji. Dlaczego? Cóż… zobaczyli moją tabliczkę rejestracyjną :-)))))).

Ze Świętej Lipki jadę na Gierłoż do Wilczego Szańca. W czasie drogi jedyna niebezpieczna sytuacja drogowa- wpadam w koleinę i rozpoczyna się taniec skutera. Na liczniku 90, za mną jakaś osobówka- nieciekawie. Udaje mi się jednak wyprowadzić skuter i jadę dalej. Uważajcie na trasę Kętrzyn – Gierłoż. Samo miejsce budzi we mnie mieszane uczucia. Oczywiście wartość historyczna itd… ale nie wiem dlaczego kupa gruzów służąca wygodzie tego zbrodniarza zasługuje aż na taka uwagę. Masa ludzi z jakaś niemalże czcią przesuwa się po lesie i ogląda gruzy. Nie lubię. Aha…. i nie jedzcie nigdy w tamtejszej restauracji. Po prostu nie jedzcie. A przynajmniej nie TO.

A skoro Mazury (tak na marginesie- wiadoma kwatera znajduje się na terenie historycznej Barcji) to należy obejrzeć sławne jeziora. Jadę więc do Giżycka, chce zobaczyć jezioro Niegocin. No to niech ktoś spróbuje dostać się na jego brzeg. Tereny prywatne, ośrodki i kempingi. Wpuszczą ale za pieniądze. Coś tu jest nie tak. W góry możemy chodzić ale Wielkich Jezior już nie pooglądamy z bliska. Gdyby ktoś znał miejsce gdzie na dziko można się rozbić nad którymś z Wielkich Jezior, to proszę zdradzić. Posprzątam po sobie. Śladu nie będzie.

Michał Kajka, kiedy to pisał jeszcze nie wiedział…

                                                         “Na mazurskiej ziemicy                                                            
Jezior zgoła nie zliczy.
Blaskiem z dala odbijają, 
Bardzo pięknie wyglądają.
A gdy spojrzy na nie wzrokiem,
Albo we dnie, albo z mrokiem, 
Radość w sercu się uczuwa…”

Zniechęcony do Wielkich Jezior kieruję się w stronę Ełku. Bardzo miła skuterowa trasa Giżycko – Ełk. Wszystko to co trzeba- spokój i widoki. Zatrzymuję się, robię zdjęcia. Takich Mazur szukałem.

I tutaj pojawia się problem. Jest niedziela- w kuferku pół trochę już podgrzanego kabanosa. I perspektywa kolacji złożonej z tego kabanosa i z wody jeziornej. Nagle w jednej z wiosek pojawia się uroczy sklepik z zasiadającymi leniwie tutejszymi. Widomy znak otwarcia sklepu. Idę i kupuję co trzeba a nawet ze strachu więcej. Pani sklepowej trudno chyba zrozumieć mój entuzjazm. W każdym razie nie zginę z głodu. Nie dzisiaj.

Tutaj mała dygresja. Kogoś może dziwić lub nawet bulwersować opuszczenie Suwalszczyzny w podróży dookoła Polski. Wyjaśniam – te okolice zwiedziłem na skuterze rok temu i to dość dokładnie. Zwyczajnie nie chciało mi się tam jechać jeszcze raz, mimo oczywistego piękna i niezwykłości tej krainy. Wrócę tam jeszcze.

Z Ełku przez Czarną Wieś gonię do miejsca przeznaczenia. Jest to miła agroturystyka “Wierzbina” w Woźnejwsi. Zupełnie przypadkowo dostaję to, czego szukałem i na co cały dzień czekałem. Miłe schronienie i… całe wielkie Jezioro Dręstwo do własnej dyspozycji. Z łodziami, piaskowym brzegiem, lasem na horyzoncie, kamyczkami, trzciną itd. Po rozpakowaniu ruszam nad jezioro. A właściwie nie ruszam. Siedzę na drewnianym tarasiku 5 metrów od wybrzeża i obserwuję chyba najpiękniejszy zachód słońca w życiu. Z resztą obejrzyjcie zdjęcia.

A Gałczyński na to:

“Tyś jest jezioro moje,
ja jestem twoje słońce,
światłami ciebie stroję,
szczęście moje szumiące.
Trzciny twojej pozłacam.
Odchodzę. I znów wracam.
Miękko moim kędziorom
w twych zielonych szuwarach.
O, jezioro, jezioro
piękniejsze niż gitara!
A nocą przez niebiosa
zlatują sznurem długim
gwiazdy i na twych włosach
siadają jak papugi”

Po zachodzie odpisuje na sporo maili i zapytań messengerowych. Sprawą Karoliny interesuje się Radio i podkarpacka prasa. Jest dobrze.

Zamieniam kilka słów z gospodynią. Bardzo miła osoba. Coś mnie tknęło kiedy zaoferowała się coś przynieść “dla mnie” . Zapytałem więc, gdzie tu zaczyna się Podlasie, bo chyba blisko…. Okazało się, że od kilku kilometrów jestem już na Podlasiu!!! 🙂

A jutro całe Północne i kawałek Południowej jego części.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny

Skuterem dookoła Polski – dzień szósty

Rano, skoro świt, żegnam się z Tomkiem i jego żoną. Dzisiaj sporo do przejechania a tak naprawdę trzy cele: Słowińcy, północny punkt skrajny i etniczne Kaszuby, gdzie już wczoraj znalazłem sobie nocleg. Wpadam więc na ekspresową “szóstkę”., która potem zamienia się w E28 i łykam kilometry. Przez Nowogard, Karlino, Koszalin i Słupsk spodziewam się koło południa znaleźć na pierwszym etapie. Droga dobra, ruch niewielki motór pali jak złoto… czego jeszcze chcieć. Czasem tylko brakuje muzyki. Na dłuższych dystansach wydaje mi się być bardzo potrzebna. Ale jak nie ma to trzeba sobie samemu radzić. No i śpiewam. Moją radość potęguje spotkanie pomnika ziemianka. Tak, nie pomyliłem się. Stoi on sobie w miejscowości Biesiekierz. Ja zwyczajny do takich widoków, bo i u nas władający naszymi stronami stworzyli święto zimioków i wystawili zimiokowi pomnik. Mniejszy ale własny. W mojej głowie pojawiają się dziesiątki zasłyszanych dowcipów o łotewskich chłopach.

Po przejechaniu Słupska odpalam wiernego jak pies gps-a i kieruję się na Kluki. Ta miejscowość i kilka okolicznych położonych nad Jeziorem Łebsko były od zawsze w kręgu moich zainteresowań. Istniejące w Klukach Muzeum Wsi Słowińskiej jest świadkiem materialnej spuścizny Słowińców. Kto czyta uważnie moje relacje, ten wie, że sprawy związane ze Słowianami interesują mnie nieodmiennie. A Słowińcy byli resztką niezgermanizowanych Słowian mieszkająca najdalej na zachód na brzegu Morza Bałtyckiego. Tak się mówi w skrócie, jednak w latach 50- tych mówiących po słowińsku było już bardzo niewielu, w 70- tych zachwyceni traktowaniem przez Polaków Słowińcy wyjechali do Niemiec. Oglądam stare szachulcowe domy, narzędzia. Niewiele pewnie jest z tego oryginału. Ale jest. Słucham niemieckich turystów, dla których to wszystko jest “uhrdeutsche”, czyli praniemieckie. I czuję się trochę jak Kisielewski piszący “Ziemia gromadzi prochy” . Szczególna to książka, bo za nią autor dostał osobiście od hitlera zaoczny wyrok śmierci. Polecam.

Po Klukach szukam bocznej, nadmorskiej drogi prowadzącej do Jastrzębiej Góry.  Albo jak mówią Kaszubi do Pilëc. Na granicy powiatu lęborskiego, czyli mniej więcej również granicy zamieszkiwania Kaszubów łapie mnie deszczyk. Potem deszcz. Po drodze mijam rzekę Piaśnicę (polecam kajakarzom) wypływająca z Jeziora Żarnowieckiego. Jest to bardzo stara, jeszcze z czasów I RP granica polsko – niemiecka. I dalej w deszczu jadę kilkadziesiąt kilometrów do Jastrzębiej.  GPS doprowadza mnie 100 m do miejsca… właściwie to można by jeszcze bliżej, bo nie ma zakazu, ale po co :-). Oglądam, robię zdjęcia. Tutaj mija symboliczna połowa wyprawy. Mimo lekko deszczowej pogody jest sporo turystów, podchodzą, pytają. Jakiś dobry Niemiec przynosi moje znalezione na ścieżce rękawice motocyklowe. Dziękuję radośnie i coś tam gadamy. Ludzie pytają, rozmawiamy. Opowiadam o Karolinie, wszyscy biorą magnesiki….
Czas na nocleg tu jeszcze 80 km do zrobienia. Po drodze jakieś małe zakupy i tak schodzi do zwyczajowej 18. Przez Jastrzębią przebijam się z trudem, sporo ludzi nie przestrzega przepisów, u części już widzę syndrom sobotni. I zaczyna się mój mini rajd przez etniczne Kaszuby. Deszczu nie ma ale robi się bardzo zimno. Słoneczko świeci a ja zaczynam się trząść mimo porządnego ubrania. W jakiejś wsi znajduję coś na kształt pizzerii i z radością stwierdzam, że mają też normalne jedzenie. Barszcz ukraiński na Kaszubach to przykład globalizacji? Nieważne, proszę tylko, żeby był gorący. Parzy. Zjadam dwa. Obsługa patrzy z niejakim zdziwieniem.

Jadę przez piękne okolice Pojezierza Kaszubskiego. Wzgórza, jeziora, malownicze drogi i naprawę sporo lasów. Wszystkie nazwy miejscowości dwujęzyczne. Tak… tu mówi się po kaszubsku 🙂 W miejscowości Staniszewo (Stajszewò) kończą się żarty a zaczyna szuter i fajne terenowe podjazdy. Koleżeństwo jeżdżące na enduro byłoby zachwycone. Ja mniej. Po kilku kilometrach docieram do świetnego miejsca – Agrorzym. Kamienista droga, jezioro, las, stare budynki, oddalenie od szlaków i… zaskakująca cena i komfort. Wszystko pod kaszubską flagą 🙂 Korzystam ile mogę. Wieczorem siedzę na tarasie, słucham śpiewu ptaków i planuję trasę na jutro.

A jutro Mazury.

 

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny

Skuterem dookoła Polski – dzień piąty

Jestem pod Goleniowem. Matko jak daleko od domu :-). Coraz bardziej zaczyna mi się to podobać. Dzisiaj wyspa Wolin. Dystans niewielki, raczej wypoczynkowy. Zanim wjadę na właściwa wyspę chwile pooglądam coś, co nazywa się Centrum Słowian i Wikingów. Fajne to, przypomina o pierwotnej słowiańskości tych ziem, ale w łykend, otoczony morzem turystów nie bardzo chciałbym się tu znaleźć. Wolin jest miastem prawie całkowicie zniszczonym podczas końcówki II Wojny Światowej, więc zabytków raczej nie należy się spodziewać. Kilka jednak jest. Robi wrażenie Kolegiata Świętego Mikołaja całkowicie odbudowana ze zniszczeń wojennych dopiero pod koniec lat 80 tych. i sięgnięcie w głąb starych- słowiańsko – germańskich czasów podczas oglądania Wzgórze Wisielców. Rozmieszczone na znacznym obszarze kurhany zawierające pochówki całopalne i całościowe robią spore wrażenie. A na szczycie punkt widokowy na Zalew Szczeciński.
Jadąc z Wolina przez Woliński Park Narodowy napotykamy dziwaczny obiekt będący jak sie okazuje muzeum tajnej niemieckiej broni V3. Tym bardziej ciekawe, że opowieść o V1 i V2 znają praktycznie wszyscy a V3 pozostaje zapomniana. Dla ciekawych podaję wikilink. Przewodnik opowiada ciekawie o historii tajnej broni, o losach wyrzutni. W muzeum jest też sporo eksponatów wojennych nie związanych z samą V3. Jest możliwość obejrzenia resztek wyrzutni a także porobienia sobie głupawych zdjęć. Skorzystałem.

Trochę dalej, w miejscowości Wapnica oglądam Jezioro Turkusowe. Ciekawy kolor wody wywołany jest złożami wapienia na których jezioro powstało. Miłe miejsce, ale marzę o lepszym świetle, Niestety trasa nie dopuszcza czekania do świtu. Kieruję się w stronę Lubina. Doskonale położone tarasy widokowe wyposażone w miły bar dający cień i dające się pić espresso. Kolejna rozmowa wyjaśniająca z Panią Kelnerką. Tym razem to pani próbowała mi wyjaśnić, że jak wezmę espresso, to dostane NAPRAWDĘ MAŁO płynu. Ja z kolei wyjaśniłem, że wiem o tym i tego własnie od kilku dni oczekuję. Dostałem to com chciał. Picie fajnej kawy z widokiem na jezioro Wicko i Zalew Szczeciński jest czymś bardzo miłym. I to jeszcze w cieniu, gdy poza nim szaleje +35. Powtórzyłbym.

Tuż obok tarasów widokowych znajdują się pozostałości grodziska oraz najstarszej budowli sakralnej. Niejaki Otto z Bambergu wybudował tu kościół aby skutecznie chrystianizować Pomorza. Szło opornie albowiem Pomorzanie byli przeciw.
I skok we współczesność. Nieodzowna wizyta w kurorcie. Zawsze jak jestem (przypadkiem) w takich miejscach zastanawiam się ile ktoś musiałby mi zapłacić, żeby siedział tam dwa tygodnie i robił to, co ci ludzie tam robią. Na szczęście zrobiło się chłodno i plaża była praktycznie pusta. Mogłem więc w ciszy i skupieniu dokonać zaślubin z morzem.

Podczas powrotu na miejsce spoczynku zahaczam o Kamień Pomorski. Niestety akurat w katedrze jest nabożeństwo. Zamiast zwiedzania kościoła oglądam rynek i bardzo fajna marinę, gdzie światło i żaglówki robią bardzo miłe sceny.
Powrót, nocne Polaków rozmowy.

Jutro na Kaszuby.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny

Skuterem dookoła Polski – dzień czwarty

Budzą mnie ruszowskie koguty. Miłe przebudzenie. Powstaję jak feniks i pakuję się. Ze zdumieniem obserwuje ślady nawałnicy, która przeszła nocą. Maszyna pod wiatą, suchutka. Piękne poranne słońce zwiastuje dobry dzień do jazdy. Przychodzę na omówione śniadanie. Przyznam, że spodziewałem się czegoś innego. Stół ugina się od smakołyków i nie mogę odżałować, że mimo najszczerszych chęci nie pochłonę wszystkiego. posilony rozpoczynam jazdę. Trasa prowadzi równymi, prostymi drogami, na których nie ma śladu innych pojazdów. Wielkie, sosnowe lasy sprawiają, że śmiganie staje się przyjemnością. Śpiewam, gadam do siebie, recytuje teksty modlitw. Czasem miga po którejś stronie jeziorko i jak zwykle obiecuje sobie zatrzymać się przy następnym. Jak to zwykle bywa, jeziorka kończą się tak samo, jak możliwość ochłodzenia się w coraz bardziej gorącym dniu. Termometr pokładowy wskazuje już 26 stopni mimo porannej pory. Na razie subtelna równowaga pomiędzy kombinezonem, odzieżą termoaktywną a szumiącym dookoła powietrzem zdaje się być stabilna, jednak później okaże się to bardziej hm…. skomplikowane 🙂 Mijam poniemieckie minimiasteczka i spore wioski. Dziś tu jednak życie nie płynie tak jak dawniej. Większość bardzo ładnych poniemieckich domów cechuje olbrzymie zapuszczenie. niektóre są całkiem puste inne noszą ślady prowizorycznych remontów i niechlujnych przeróbek. Całości broni jednak wszechobecna zieleń starych drzew. Gdyby tak jak w centralnej i wschodniej Polsce dokonano podobnie barbarzyńskiej wycinki, to skutek byłby dla tych okolic opłakany. Kolejny raz zwracają moją uwagę spore, proste ale ładne kamienne kościoły pozostawione przez poprzednich właścicieli. Jednak i one nie wykazują śladów intensywnego… używania. Jadę przecież przez krainę o najmniejszej w Polsce ilości dominicantes. Czasami mam ochotę zatrzymać się, poprawić coś urwanego, pomalować, wyrównać drogę przez wieś. Wiele domów jest tak ładnych, że budzi się myśl:” a jakby tak rzucić wszystko i wyjechać w lubuskie?” 😉 Niestety trzeba jechać, kilometry same się nie zrobią. Mijam Nowogród – historyczną granicę Sląska i Łużyc, przejeżdżam Odrę w Krośnie Odrzańskim i jestem na historycznej Ziemi Lubuskiej. Ciekawa to sprawa, kiedy stolica regionu pozostaje poza nim. Był to kiedyś gród Lubusz, który obecnie znajduje się nad Odrą, w Niemczech i nazywa się Lebus. Gdyby dawno temu Odra nie zmieniła koryta miasto Lebus byłoby w Polsce a Ziemia Lubuska miałaby swoją historyczną stolicę. W miejscowości Laski Lubuskie nie mogę powstrzymać się od zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia z tablica miejscowości. Jak się dowiaduję, zdjęcie później robi furorę na facebooku. I już Kostrzyń i chwile potem wjazd do najdalej na zachód wysuniętego punku Polski. Znajduje się on w miejscowości Osinów Dolny. Niestety przysłonięty jest wielkim bazarem. Bazar przeznaczony jest dla Niemców robiących tanie zakupy w Polsce. Nie chcę przedzierać się przez gąszcz budek i straganów, nie chcę tez zostawiać skutera na pastwę losu. Przyjmuję, że skrajny zachodni punkt znajduje się tak jak sądzono dawniej koło Cedyni w okolicy Góry Czcibora, czyli miejsca, gdzie Mieszko ze swoim bratem pokonali wojska margrabiego Hodona. Rózie się mówi o tej bitwie dzisiaj. Doskonale zdaję sobie sprawę, że krytyce został poddana cała wczesnopiastowska legenda. Mówi się więc, że nie Mieszko Hodona a Hodon Mieszka i nie pod Cedynia ale zupełnie gdzie indziej…. Zostawiam te rozważania, jednak obraz pełnego służalczości bazaru dziwnie kontrastuje z miejscem prawdziwej lub wyimaginowanej chwały polskiego oręża. Pomnik na Górze Czcibora robi jednak wrażenie takie, jakie powinien robić a ja jade dalej. Brak benzyny zmusza mnie do szukania stacji. Tankuje do pełna, rozmawiam z właścicielka o Karolinie, zostawiam oczywiście magnesy. Kiedy dobiłem do drogi głównej w lusterku ukazał się obraz znajomego motocykla. To był oczywiście Michał, który zupełnie przypadkowo pojawił się obok mnie. Przywykliśmy do niespodziewanych spotkań i nie okazaliśmy najmniejszego zdziwienia. Wspólna jazda przez kilkanaście kilometrów, postój i żegnamy się – jak się okazuje na zawsze w tej opowieści. Michał jedzie oglądać Krzywy Las koło Gryfina a ja gonię do wymarzonego jeziora Miedwie. W miejscowości Wierzbno odnajduję znalezione jeszcze zimą molo (śniło mi się czasem), odpoczywam i zabieram się do ostatniego etapu. Celem są okolice Goleniowa, gdzie mieszka mój internetowy przyjaciel – Tomasz. Postać niezwykle barwna i zasłużona. Miłośnik Słowiańszczyzny a zwłaszcza Dolnych Łużyc, samodzielnie nauczył się dolnołużyckiego i zaraził pasją młodzież ze swojej miejscowości. Telefonuję do Tomka, podaję dokładna godzinę przybycia i kieruję się na Stargard. A tam niespodzianka – zamknięta wylotówka na Goleniów. Razem z Googlami dajemy radę, jednak sporo trzeba było nadłożyć. Zmęczony i sfatygowany docieram na miejsce. Wita mnie Tomek po chwili dołącza jego żona. Jak się okazuje serdeczni, gościnni i dobrzy ludzie. Rozmowom i opowieściom nie ma końca. Tutaj też realizuję kolejna mądrość etapu… piorę. Rychło w czas bo czyste rzeczy zaczynają się kończyć w bagaż grozi narodzinami nowego życia. Najedzony, nagadany i czyściutki jak niemowlę zasypiam.

Jutro zobaczę morze.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny

Skuterem dookoła Polski – dzień trzeci

Pobudka około piątej. Tak jak w domu. Coś tam na śniadanie, pakowanie i ruszam. Do czeskiej granicy blisko. Po wczorajszym zachodzie słońca dzisiaj jakby trochę szaro. Widać jak biedne i zaniedbane są te okolice. Z daleka wszystko sprawia jednak trochę bajkowy widok. Góry o kształtach nieco obcych, przypominają się legendy o Liczyrzepie i jakichś postaciach z niemieckich baśni. Opuszczenie i wrażenie zaniedbania przestaje być istotne. W miarę dobra droga prowadzi do czeskiej granicy. Dalej podobnie, tylko otwierają się już widoki na inne pasma górskie. Jest bardzo malowniczo, spokojnie. Kilometry mijają, kolejne zakręty na dobrych czeskich drogach. Jadę przez Góry Opawskie a potem przez Góry Złote. Ładne nazwy (zwłaszcza ta druga)… no i wrażenie bajkowości potęguję się. Znam się trochę na Karpatach 😉  a o Sudetach nie mam pojęcia. Do dokształtu fajna będzie chyba ta strona.  Rozmyślania przerywa dziwny znak drogowy. Wyraźnie jest na nim narysowany czeski motocykl. I jest on przekreślony. Stoję i gapie się. Jeśli posłucham znaku – to jak znam życie będę musiał wracać przez Pragę. Nagle przypomniała mi się przygoda dobrego wojaka Szwejka, który musiał iść do Czeskich Budziejowic…

“Jakaś stara babunia powracająca z kościoła spotkała Szwejka na drodze z Kvietova do Vraża, biegnącej niezmiennie właśnie w kierunku zachodnim, i rozpoczęła z nim rozmowę pozdrowieniem chrześcijańskim:

— Dobre południe, żołnierzyku! Dokąd też Bóg prowadzi?

— Ano idę, mateczko, do Budziejowic, do pułku — odpowiedział Szwejk. — Niby na wojnę.

— Jak tak, to, mój chłopcze, kiepsko idziesz — zawołała babunia z przerażeniem. — Tędy, przez Vraż, nigdy się do Budziejowic nie dostaniecie, gdybyście szli ciągle prosto, to wyjdziecie na Klatov.

— Ja znowuż myślę — rzekł Szwejk z determinacją — że i z Klatova dostanie się człek do Budziejowic.”

Nigdy więcej szwejkowskich błędów, pomyślałem. I nucąc starożytną czeska pieśń o Najjaśniejszym Panu i Jego Rodzinie zignorowałem bezczelnie czeski znak. Pomyślałem potem z resztą, że dotyczył on motocykli a nie skuterów i był po czesku, więc miałem prawo niczego nie rozumieć. Po chwili zrozumiałem dlaczego był zakaz motocykli. Droga była tak cudowna i piękna, że chyba jakiś czeski urzędnik nie mógł znieść myśli, że polski motórzysta ujrzy te wspaniałości i jeszcze opisze je na blogu.

Zadziwiające i bajkowe (znowu) miasteczko Jesenik (Jesionik). Idealne do kręcenia filmów o XIX i XVIII stuleciu. W połączeniu ze słowiańską rozpierduchą efekt końcowy jest zadziwiający.

Nagle, jak to w Sudetach stała się Polska. I Złoty Stok a w nim kopalnia (a jakże) złota. (Czy wiecie, że słowackie “zlatokopka” oznacza polską “blacharę”?).

Zwiedziłem, sfotografowałem ale złotej sztabki nie kupiłem. Przecież to paliwo na pół wyprawy… co złoto mam wsadzać do baku, czy jak?

Przejazd przez Kotlinę Kłodzką. Polecam. nic nie zastąpi osobistego doświadczenia, W małej miejscowości Wambierzyce ciekawe sanktuarium. Warto wejść po kamiennych schodach i poczuć magię stuleci. Z Wambierzyc rzut kaskiem do Karłowa, skąd można podziwiać bliskość Gór Stołowych. Na Szczeliniec wejdę następnym razem. W jednej z wiosek po drodze wzruszające spotkanie ze starszą panią, która opowiada o swojej mamie pochodzącej spod Ropczyc. Chwila rozmowy daje wiele pozytywnych wzruszeń.

Przez Góry Kamienne i Kotlinę Kamiennogórską docieram w Karkonosze. Okropnie zatłoczony Karpacz ale stąd widok na Śnieżkę (marzenie Karoliny) i niesamowity Kościół Wang. Normalnie wzięli i z Norwegii go tu przenieśli. Zaskoczeniem był dla mnie grób Tadeusza Różewicza na przykościelnym cmentarzyku. Od świątyni Wang, która stoi w najwyższym punkcie Karpacza rozpoczął się zjazd z gór i pożegnanie z nimi. Zwróćcie uwagę, że od wczoraj przejechałem całe polskie góry. Zacząłem w Ustrzykach Górnych, skończyłem w Karpaczu. No i ten zjazd z godzinkę potrwał zanim znalazłem się na terenie płaskim. Zupełnie inne widoki, rozlegle płaskie tereny rolnicze, między nimi poniemieckie wioski z pięknymi kościołami. Droga prowadzi obok Henrykowa Lubańskiego, gdzie stoi legendarny cis – najstarsze drzewo w Polsce. Starowina sterczy cały w rusztowaniach i spryskiwaczach, które maja mu zapewnić przeżycie. Jadę dalej i wjeżdżam w piękne, ciągnące się dziesiątkami kilometrów bory. Kieruję się oczywiście już na północ, w stronę Żagania. Z internetu dowiedziałem się, że prom na Odrze w Połęcku jest nieczynny ze względu na niski stan wody a więc należy jechać przez Krosno Odrzańskie. Niestety, od wschodu wyłania się olbrzymia chmura burzowa, robi się trochę nieciekawie. Podejmuje decyzje o szybkim szukaniu kwatery. Jest! – tylko trzeba zawrócić około 10 km. Po drodze, na poniemieckiej kostce gubię śrubkę mocująca deflektor i niestety muszę go szybko odkręcić. To ostatnia katastrofa tej wyprawy :-). Ląduję po chwili w miejscowości Rusiec, w miłym hoteliku, jest nawet wiata dla skutera. Po zwykłych czynnościach wieczornych wdaję się w pogawędkę z właścicielką hoteliku, która opowiada mi o smutnych wydarzeniach jakie dotknęły miejscową społeczność w maju. Burza jak to burza- przechodzi bokiem a my rozmawiamy o życiu na ścianie zachodniej. Wiele razy pojawia się złe słowo “patologia”. Kładę się spać zmęczony i smutny. Na pocieszenie jedna z moich ulubionych “drogowych” piosenek.

Zasypiam i nawet nie słyszę ogromnej  burzy, która przechodzi nocą.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny

Skuterem dookoła Polski – dzień drugi

Zaczęło się pechowo i tak miało pozostać. Kiedy zostawiłem na chwile włączony skuter aby przynieść worki z bagażami usłyszałem bardzo brzydki huk. Dziwnie znajomy. Nie myliłem się. Skuter leżał na trawie i własnie zgasł. Po podniesieniu wszystko działało normalnie, więc pozostawiłem tę sprawę samej sobie.
Start na Łemkowynie. Jadę przez znajome okolice. Tutaj spędziłem sporo czasu, bliski mi język. Tutaj niedawno pracowałem nad albumem “Cerkwie zachodniej Łemkowyny”, tutaj zagrałem nieskończona ilość piosenek. Jest bardzo zimno zaledwie osiem stopni. Wkrótce temperatura sie podniesie ale na razie kiepsko. Jednak przyjemność jazdy bierze górę. W dobrym górskim tempie mijam Izby, Krynicę i dojeżdżam do granicy. Słowacka droga prowadzi pięknymi widokami na Podoliniec. Mało kto wie. ale to piękne miasteczko kiedyś należało do Polski będąc jednym  z 13 miast spiskich. Docieram do Tarzańaskiej Łomnicy i kieruję się w Tatry. Moim marzeniem było przejechanie drogą położoną u samego podnóża Tatr. Między innymi dlatego zmieniłem decyzje o trasie przez Czerwony Klasztor, Poronin i okolice Jeziora Orawskiego. Decyzja powstała spontanicznie i nie była to dobra decyzja. Straciłem piękne widoki i… ciepło. Kiedy wjechałem do góry zaczęło się bardzo ochładzać. kiedy doszło do 6 stopni z nieba zaczęła spadać drobniutka lodowa kasza. W tym samym momencie rozpoczął się niezbyt intensywny ale przerażający wyciek płynu chłodniczego. Widocznie wywrotka rozszczelniła coś co powinno być szczelne. Wyciek zmniejszał się a ja jechałem dalej. W zimowych warunkach. I wtedy zdałem sobie sprawę, że droga, którą pięknie wyjechałbym na Ujsoły nie jest drogą którą jadę. Jednak pod samymi Tarami nie ma możliwości wybrania innej drogi. Musiałem nie jechać aż do jakiegoś uczciwego skrzyżowania Okazało się, że leży ono w Liptovskim Mikulasu. 100 km w plecy. Za to widoki, którymi obdarzył mnie Liptów były niezrównane. Jadnak zmarznięty i wściekły na siebie nie miałem ochoty na fotografowanie. Rozpocząłem mozolny podjazd pod Beskidy od słowackiej strony. Jeszcze na Słowacji zaczął padać deszcz. Kompletnie zdemoralizowany dotarłem na przełęcz. Po drugiej stronie, jak to zwykle pogoda piękna i o wiele cieplej. Jadę przez Koniaków, Istebną. Wioski te w mojej wyobraźni jawiły się jako ostoja beskidzkiego folkloru. Zawiodłem się. Tysiące pastelowych domków, wszechobecne reklamy brzydzą pejzaż. Fotografuję co mogę. Kwaśnica w karczmie “Ochodzita” jest na pocieszenie tylko trochę gorsza od tej, która sam gotuję. W Wiśle, podczas postoju na światłach niespodziewanie dojeżdża do mnie Michał. Wymiana pozdrowień i spostrzeżeń (bardzo podobnych) i znowu jedziemy razem. Podczas przejazdu na trasie Skoczów – Wodzisław – Racibórz GPS Michała płata rozmaite figle, trochę się gubimy w opłotkach 😉
Gdzieś między Raciborzem a Głubczycami następuje raptowna zmiana – po lewej zaczynają się wyłaniać piękne góry, natomiast z wioskami dzieje się coś dziwnego. Przestają być ładne i zadbane a zaczynają trochę przypominać ruinę. Przyczyna jest dość prosta. Ten sam krajobraz mam oglądać jeszcze przez kilka dni (nie licząc Kaszub).
W okolicy Nysy rozstajemy się z Michałem, szukamy noclegu na własną rękę. Śpię w małym agro niedaleko czeskiej granicy. Dzień pełen wrażen i przeciwności. Ale w sumie bardzo piękny. Jak każdy dzień na skuterze.
Zasypiam jak kamień.

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny

Skuterem dookoła Polski – założenia i dzień pierwszy

Założenia

Mniej więcej jesienią powstał w mojej głowie pomysł objechania skuterem dookoła Polski. Skoro udał się rok temu jeden bok naszego trochę kwadratowego kraju, to dlaczego jeszcze nie trzy boki? Zima poświęcona na planowanie, ale takie nieinwazyjne. Przede wszystkim mam się doskonale bawić, do niczego nie zmuszać. I jechać, bo to daje radość. Wieczory spędzone nad mapą, szukanie tzw atrakcji, wynajdywanie niebezpiecznych lub mogących przynieś kłopoty miejsc. Powoli wyłaniała się trasa. I powoli powstały następujące założenia:

  1. Jadę blisko granicy
  2. Ale bez przesady 😉
  3. Używam wyłącznie asfaltówek, żadnej jazdy terenowej.
  4. Dziennie pokonuje około 400 km tak, aby był czas na odpoczynek, jedzenie i zwiedzanie wybranych miejsc.
  5. Dokładniejsze planowanie trasy wieczorem dnia poprzedniego
  6. Zasady zasadami ale ma być miło 😉

Wyposażony w te proste jako ja reguły, mapę Polski (bardzo dobrą, plastikową), cały sprzęt obozowy, śrubokręt i świecę zapłonową postanowiłem wyruszyć w poniedziałek 8 lipca.
Przed wyjazdem przyszła mi jednak do głowy myśl. Nawet kilka. chodzi o to, że ja sobie tak będę jechał a inni np nie mogą. Bo są chorzy lub po prostu nie mogą. Pomyślałem, że mogę przy okazji jazdy zrobić coś pożytecznego. Tak się złożyło, że akurat wtedy pojawiła się informacja o zbiórce pieniędzy dla Karoliny. Skontaktowałem się z rodzicami dziewczynki. Wydawali się być zdumieni i ucieszeni. Z łatwością doszliśmy do porozumienia- ja jadę, robię zdjęcia, zamieszczam wpisy na moim facebooku pod #jadedlakaroliny. Reszta odbywa się pod podanym wyżej adresem.
Przed wyjazdem zebrałem wszystko z przygotowanej i modyfikowanej przez kilka lat sprawdzonej listy. Dodałem jeszcze trochę muzyki na smarta, trochę poezji i książek na Kindle’a. Siódmego lipca, w niedzielę wszystko było gotowe.

Dzień pierwszy

Zwykle wstaję o piątej rano, tak więc i tego dnia nie było problemów. Na termometrze 12 stopni. Cudownie rześko, prawda? Wszystko już zapakowane dnia poprzedniego, tak więc poranne rozmyślania nad kawą i… w Imię Boże! Pożegnanie przez dodających otuchę Annę i Karola, szybkie zdjęcie i kieruję się na miejscowość Krowica Hołodowska. Jest to bardzo szczególne miejsce, ponieważ stamtąd można zrobić początek rozsądnego objazdu kraju. Kiedy spojrzycie na mapy, zobaczycie dlaczego.

Jeszcze w lasach przed Oleszycami dopada mnie ziąb. Temperatura, mimo upalnego poprzedniego dnia nie chce się podnosić. I nie podniosła się zbytnio tego dnia. Cały czas 16 -17 i tyle. Trochę też wiało. Jak zwykle nigdy z tyłu 😉

Dojeżdżam do Krowicy. Kierunek Południe. Jakoś zawsze kierunki mnie poruszają. Każdy. To chyba efekt przeczytania Czarnoksiężnika z Oz. W dzieciństwie. Wkrótce docieram do Chotyńca. Reklamowana tu i tam cerkiew nie powala mnie. W Chotyńcu jest tez scytyjskie grodzisko. Doskonale widoczne z lotu ptaka, z dołu wygląda mniej efektownie. Ale wieki mówią. Czuć to :-). Dalej Stubno, gdzie pełno bocianów i Fredropol, skąd widać już nowe wyzwanie – Karpaty.
Kalwaria Pacławska. To miejsce, gdzie zatrzymuję się na dłużej. Sanktuarium odnowione, choć wolałem stare, gdzie mniej było eurokostki i błyszczącej nowości. Wnętrze kościoła pieczołowicie i dobrze restaurowane. cieszy. Robię zdjęcia, rozmawiam z panią straganiarką i przez Arłamów docieram do Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej. Miła motorowa atmosfera, przyjazna pani z recepcji i rozmowy z motocyklistami. Rozdaję magnesy i zmierzam do punktu widokowego nad Lutowiskami. Widać stąd panoramę Bieszczadów. Tutaj spotykam Michała, motocyklistę z Jarosławia, który na 125tce, podobnie jak ja rozpoczął dzisiaj objazd Polski. Rozmawiamy życzymy szerokości i jazda. Do skrajnego punktu jakim jest Opołonek nie dojeżdżam- jest on z przyczyn oczywistych niedostępny dla motocyklistów. Uznaję, że południowy kraniec Polski osiągnąłem w Ustrzykach Górnych. Zatrzymuję się w stacji kolejki wąskotorowej w Majdanie. Tutaj spotykam bardzo miłych Państwa z Cmolasu. Dzięki informacjom medialnym wiedzieli wcześniej o mojej wyprawie. Duża radość ze spotkania, miła rozmowa. I w drogę! Dalsza, bardzo piękna cześć trasy prowadzi przez wysokie Bieszczady i w ten sposób wjeżdżam w Beskid Niski. W Komańczy czeka na mnie Adam, z którym jadę dalej przez kilkadziesiąt kilometrów.  Wpadamy na chwilkę do Chaty nad Wisłokiem i pędzimy dalej.  W magicznych Jaśliskich, gdzie kręcono kultowe “Wino truskawkowe” czeka na nas Jacek – ojciec Adama. Jacek z żoną prowadzą wspólnie Gutkową Kolibę – jedną z najlepszych agroturystyk w Niskim Beskidzie. Kierujemy się do Krempnej, gdzie oglądamy cerkiew. Adamowi nawala światło w motocyklu, z resztą i tak miał wracać. Serdeczne pożegnanie i jadę sam przez Świątkową i Grab- tereny Magurskiego Parku Narodowego. Nie zwalniam widząc tablice straszące niedźwiedziami, rysiami i pterodaktylami. To mądre zwierzęta i nie wychodzą na drogę. Na Przełęczy Beskid nad Ożenną zatrzymuję się. Oglądam Okopy Konfederackie. I rozmyślania o granicznej funkcji tego miejsca. O ludziach i zwierzętach przechodzących tędy Karpaty od niepamiętnych czasów. O jedynej “nieruchomej” granicy Polski. O dziejach tutejszych Rusinów jednakowych tu i tam. O tym, że kiedyś tam dalej były Węgry. O kupcach, którzy szli od Krakowa i Warszawy aby tutaj zostać obrabowanymi przez zbójników. Zjeżdzam do Zborova mając w uszach piosenkę tamtejszych Cyganów:

” Ne umrem na zemi, umrem na koniovi

a ked ja z konia spadnem, vsecko nia zaboli”

Myślę, że mój pradziadek Jan znał ją. Przecież służył w tej samej armii, w której służyli przodkowie zborowian. Ze Zborova do góry na następną Karpacką przełęcz… eeeeech jak w taborze, który wędruje do nieba. Własnie tak. A za przełęczą Koneczna z pięknym wierszem, który pamiętam w wykonaniu Julii:

“Конечно, Конечно, моє рідне село
Там пташкы співали, там было весело
(…)
Там наша церковця, в котрі нас хрестіли
Там заросли стежкы кади мы ходили”

Przez Gładyszów i Uście Ruskie czyli Gorlickie jadę na miejsce spoczynku 😉

Tutaj zdjęcia i mapa

Pamiętajcie o Karolinie

#jadedlakaroliny